Jest tyle ciekawych tematów, tyle wspaniałych wrażeń, wspomnień, skojarzeń, myśli, które pojawiają się, ulatują, znikają.
Szkoda ich. Warto je zanotować. Warto podzielić się nimi z innymi. Piszcie...

CZY WSZYSTKO JEST SZTUKĄ, CZY SZTUKA JEST ŚWIĘTEM

KSIĄŻKA ŻYCZEŃ I ZAŻALEŃ

NOWA STRONA: POLEMIKI

Formularz wysyłania wiadomości

Wasze komentarze:

NIE (2013-10-02 15:40:11)

Podoba mi się tutaj. Uczyłam się z książek Osińskiej i Ałpatowa, od czasu do czasu sięgałam po inne. Przed maturą liczy się każda minuta. Wiadomo, że z opracowań nie da się uczyć, ale streszczenia przydają się do odkopania tego, co zostało schowane głęboko w głowie. Jest tutaj wiele materiałów, a mam wrażenie, że strona istnieje od niedawna. Kiedy ruszyła?

krzysztof karoń (2013-10-04 02:37:39)

NIE (2013-10-02 15:40:11): Witryna ma już niemal cztery lata, ale pierwszy rok zajęło gromadzenie podstawowego materiału ilustracyjnego. Tak więc prawdziwa praca rozpoczęła się przed trzema laty. Ponieważ witrynę robi jedna osoba, do stanu "zero" trzeba jeszcze przynajmniej następnych trzech lat. Potem już będzie łatwiej.

MidgardMysli (2013-10-07 18:46:10)

Mam problem z aktywacją konta. Po rejestracji nie przyszedł mi mail przez który mogłabym owo konto aktywować. Podałam poprawną pełną nazwę mojego maila. Miałam podobną sytuację gdy chciałam utworzyć konto jakiś czas temu na tej stronie. Również mail mi nie przyszedł. Zignorowałam to i nie ponawiałam starań o utworzenie konta. Czy jednak dało by radę coś z tym zrobić teraz?

krzysztof karoń (2013-10-13 23:12:36)

Proszę o bezpośredni kontakt mailowy (link w menu), ponieważ do ustalenia przyczyn potrzebne są dodatkowe informacje.

Kasta (2013-10-13 23:22:19)

Wspaniała strona. Ogrom pracy. Jak dobrze, że w dzisiejszych czasach można jeszcze dotrzeć do miejsc gdzie obcujemy z wiedzą oraz kulturą i sztuką z prawdziwego zdarzenia. Życzę powodzenia. Pozdrawiam

v (2013-11-12 20:59:40)

v

Prill (2013-11-13 18:56:38)

Zaglądam z przyjemnością, a ostatnio dość często.

zrozpaczona :( (2013-11-13 19:47:16)

Witam wszystkich serdecznie! Poszukuję pomocy z zakresu montażu równoległego na przykładzie dowolnego filmu.. Czy toś jest w stanie mi pomóc?? Proszę ratujcie..... mój e-mail: mgielka1234@interia.pl Liczę na ludzkie zrozumienie i czekam z wielką nadzieją....

krzysztof karoń (2013-11-14 00:40:43)

>Zrozpaczona: bardzo dobrze zilustrowany przykład montażu równoległego (krzyżowego/naprzemiennego) z filmu Griffitha "The Lonedale Operator" z 1911 r. znajduje się na stronie http://www.tcf.ua.edu/Classes/Jbutler/T112/Lonedale2/index.htm.
Prosty przykład montażu pokazany jest w filmiku na stronie http://www.youtube.com/watch?v=yCzEFNtZMnY. W internecie jest wiele różnych filmów instruktażowych dla filmowców amatorów - przykłady są niekiedy bardzo surowe, ale co do zasady zwykle poprawne.
Szkoda, że nie podajesz, na jakim poziomie informacji szukasz - ogólnym czy profesjonalnym.

tojo4 (2013-11-21 23:14:20)

Witam. Pan widzę coraz częściej w moralistykę wchodzi. Teatr Stary, teraz tęcza, Cage... Coś nie tak się dzieje...

krzysztof karoń (2013-11-23 01:57:55)

> tojo4: Przedstawienie w Teatrze Starym, Cage, tęcza, która płonie na zawołanie to nie moralistyka, ale przykłady technik antykultury. Takie wydarzenia, jak przedstawienie Klaty można traktować jako dzieło sztuki, ale można traktować je jako element manipulacji. Nikt nie oburza się, jeśli sztukę barokową interpretuje się jako narzędzie propagandowe kontrreformacji, dlaczego więc tzw. sztuki współczesnej nie można interpretować jako narzędzie propagandowe antykultury. Można zadowolić się historią sztuki jako historią dzieł, ale można chcieć zrozumieć jej społeczną funkcję. Szczególnie w kraju, w którym państwo płaci za prowokowanie społeczeństwa społecznymi pieniędzmi. Czy zna Pan inną witrynę poświęconą historii sztuki, która pokazywałaby sztukę od tej strony? Dlaczego więc uważa Pan, że coś dzieje się "nie tak".

Andrzej (2013-12-03 15:25:10)

Witam. Strona ciekawa. Czy potrzebujesz kogoś do współpracy? Pozdrowienia

melwira (2013-12-05 12:42:06)

wow!
ta strona jest mega!
szkoda, że dotarłam do niej tak późno;)
na pewno będę często odwiedzać!
i mam nadzieję, że materiału będzie co raz więcej i co raz bardziej szczegółowy, choć zdaję sobie sprawę, że to zajmuje duużo czasu:)

Joanna (2013-12-12 00:09:25)

Autor uwielbia sam siebie.

krzysztof karoń (2013-12-14 19:03:14)

Joanno, jesteś nieco złośliwa, ale Ciebie też uwielbiam.

szpilka (2013-12-16 16:19:58)

Postanowienie noworoczne: poznam wszystkie zakładki/działy itp. tej strony i zachowam w pamięci jak najwięcej! Pora się twórczo rozwinąć! Dziękuję za tą stronę, dzięki niej, mam nadzieję, poszerzę wreszcie swoje horyzonty ;)

Andrzej (2013-12-17 17:45:14)

A Pan Karoń odpowiada sobie komu chce... Smutne to i nieprofesjonalne;(

Vincenty (2013-12-18 10:39:22)

Dzień Dobry,
po przeczytaniu historii antykultury, szczególnie zainteresowała mnie postać A. Gramsciego. Mógłbym prosić Pana o podanie literatury poświęconej jego osobie?
pozdrawiam

krzysztof karoń (2013-12-26 20:45:30)

do Andrzeja: Panie Andrzeju, to jest miejsce dla Państwa. Odpowiadam, gdy wpis jest wyraźnie adresowany do mnie. Ja i tak w tej witrynie piszę za dużo:).
...
do Vincentego: O Gramscim na świecie pisze się wiele. Dość obszerna lista jest na dole strony tematycznej w niemieckiej Wikipedii (w ogóle w Wikipediach - niestety, z wyjątkiem polskiej - najlepsze są bibliografie). Niezła biografia jest na stronie http://cronologia.leonardo.it/storia/biografie/gramsci1.htm, ale radzę czytać samego Gramsciego, wtedy można się przekonać, co napisał on sam, a co z niego wyczytano. Polskie tłumaczenia są na stronie http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/g.htm#gramsci.

Nyja (2013-12-27 13:41:05)

Fajnie byłoby rozruszać jakieś prawdziwe forum :) A co do strony jestem pod wrażeniem! Często korzystam i w imieniu studentów historii sztuki muszę podziękować :)

Vincenty (2013-12-28 16:02:07)

bardzo dziękuje, z tekstami Gramsciego też się zapoznałem, ale do pracy na filozofię muszę dołączyć jakąś bibliografię;p, a oprócz tego wypadało by się coś o nim więcej wiedzieć, jeszcze raz dziękuje i powodzenia w dalszej pracy

krzysztof karoń (2013-12-31 14:42:06)

do Nyja: byłoby fajnie..., ale ja utknąłem na porządkowaniu historii antykultury i potrzebny/a jest jakaś/iś animator/ka:) Myślę, że to kwestia czasu. Mam zresztą wrażenie, że ludzi dusi w tej chwili terror poprawności, ale to się zmieni. Na pewno. Prędzej czy później każdy znajdzie swój Majdan.
...
do Wszystkich: wszystkiego najlepszego i wielkiej, nowej sztuki w Nowym Roku.

Labyrinthine (2014-01-09 15:51:06)

Świetna robota!Strona jest niesamowita!Gratuluję też cierpliwości do stworzenia czegoś tak wspaniałego!

krzysztof karoń (2014-01-10 02:41:18)

Chodzi za mną pewien problem.
W dzisiejszych czasach znajomość historii sztuki potrzebna jest człowiekowi do życia jak psu piąta noga. Można się bez niej obejść i nieźle prosperować. Jeśli więc ktoś odwiedza tę witrynę, to znaczy, że oczekuje od życia (i od siebie) czegoś więcej niż skuteczna wegetacja. Nawet, jeśli bezpośrednim powodem jest chęć zaliczenia matury. Są łatwiejsze sposoby. To zaś oznacza, że należy do wąskiej grupy ludzi, którą kiedyś, kiedy słowa nie utraciły jeszcze znaczenia, nazywano społeczną elitą. Grupą tych ludzi, którzy mają poczucie społecznej misji.
Problem, który za mną chodzi to pytanie, czy macie tego świadomość i czy macie taką ambicję? I czy chcecie ją mieć?

NIE (2014-01-12 15:20:07)

Lubię czytać o sztuce, ale nie będę nikogo oszukiwać... Natrafiłam na tę stronę, bo przede mną matura, którą chciałabym napisać jak najlepiej. Po drodze mam też drugi etap olimpiady artystycznej. Przeraża mnie wszystko, najbardziej w tym momencie olimpiada, bo został do niej miesiąc. Podejrzewam, że przed egzaminem wstępnym będzie ze mną jeszcze gorzej. Nie lubię się uczyć sama, na różnego rodzaju warsztatach chłonę wiedzę, ale to kosztuje...
Nie myślę o tym, czy robię coś wielkiego, czy to mnie w jakiś sposób wyróżnia, chcę pójść na konserwację i restaurację malarstwa i zostać konserwatorem (powierzchni płaskich?!). Nie chodzę do galerii sztuki nowoczesnej, żeby sobie pogestykulować przed malowidłem składającym się z kilku kresek. Gdy poczuję sztukę, czyli zachwycę się pięknem, albo niesamowitą historią dzieła, robi się przykro na myśl, że ktoś mógłby tego nie zobaczyć. To jak z dobrym filmem. Jeśli nie to pokolenie, może kolejne zobaczy. Nie umiem opisać przeżyć związanych ze sztuką słowami.

bat (2014-01-18 14:34:50)

Jaki jest adres mailowy do twórców tej strony?

krzysztof karoń (2014-01-19 08:53:17)

link mailowy jest na stronie głównej, a adres: artstory@artstory.com.pl.

krzysztof karoń (2014-01-24 22:39:07)

>Majka: Dowiedziałem się, że na kilka dni ktoś podczepił do witryny boota, który blokował logowania. Nie wiem kto, nie wiem jak, ale już został usunięty. W przypadkach awarii proszę pisać na adres mailowy, bo tu nie zawsze zaglądam. Najważniejsze, że już wszystko chodzi.

lotka (2014-02-03 21:47:59)

Czy wszystko jest sztuką ? Dla mnie, tak! Chodzę tymi drogami radośnie i dobrowolnie, zawsze z podziwem dla ludzkiego geniuszu. Najmilsze chwile, to wszystkie, które zaskakują pierwszym spojrzeniem, a przy bliższym poznaniu już zostają w sercu , w oczach i pamięci. Potem znikają na kilka chwil,czasami na wiele tygodni i lat. Powroty są konieczne i niezbędne, dlatego moja radość
z wejścia " tylko dla orłów" uskrzydliła mnie jak żurawia lecącego nad Himalajami.
Gratulację dla autora !

nyja@op.pl (2014-02-06 22:28:13)

Gdyby potrzebował Pan kiedyś pomocy przy tworzeniu forum to ja chętnie służe pomocą :)

vonPiernik (2014-02-11 19:29:00)

Witam, czy na stronie znajdzie się dział poświęcony historii literatury? Czy może literatura jako taka nie jest sztuką lub coś w tym stylu? (pytam poważnie, w dziedzinie sztuki jestem dyletantem)

krzysztof karoń (2014-02-13 16:56:41)

>vonPiernik: Początkowo ta witryna miała być poświęcona wyłącznie sztukom pięknym, ale może kiedyś rozrośnie się bardziej. W kolejce czeka historia teatru. Jednak historia literatury przerasta moje możliwości... Może kiedyś uda się namówić kogoś na opracowanie tego tematu, ale to łatwo powiedzieć...

vonPiernik (2014-02-13 20:39:28)

Ok, dzięki za odpowiedź i propsy za wykonywaną pracę ;)

siasia (2014-02-22 16:38:38)

Ta strona to niesamowita pomoc nawet w wypadku egzaminów z historii sztuki na studiach - przygotowanie i opracowanie notatek dzięki tej witrynie poszło całkiem szybko, sprawnie i przyjemnie. Wspaniałe vademecum wiedzy, nie tylko tej stricte podręcznikowej. Chciałabym serdecznie podziękować, pogratulować kreatywności i życzyć dużo wytrwałości w dalszym działaniu. Pozdrawiam

Michał (2014-03-01 19:33:01)

Nauka ze strony bardzo mi pomogła do matury którą pisałem 2 lat temu. Ale mniejsza o maturę. Tekst o antykulturze genialny! Jeśli pojawi się więcej tego typu wpisów to będę stronę odwiedzał długo po maturze !

Machaczka (2014-03-04 22:51:21)

Bardzo pomocna strona i niesamowicie ciekawa. Trafiłem tutaj przy okazji sesji i od paru miesięcy studiuję jej zawartość. Cały czas nie mogę doczekać się ukończenia zakładki o antykulturze - być może najważniejszego tekstu na tej stronie. Aktualnie studiuję kulturoznawstwo i stopień indoktrynacji jakiej nieświadomy student jest poddawany jest przerażający. Tylko nieliczni, mający bardziej krytyczne podejście do oświaty, chcą spojrzeć trochę szerzej na wpajaną nam wiedzę. Reszta "łyka wszystko jak młody pelikan". Dziękuję Autorowi, za częściowe otworzenie oczu i czekam na dalsze publikację!

Majka01229 (2014-03-05 23:26:02)

Dzial z antykultura- kapitalny pomysl! Oryginalny, ciekawy. Musze powiedziec ze ta strona to nie jeden z materialow pomocnych do kucia na jakies test- to wszystko jest tak uporzadkowane, rozwiniete, przejzyste, w dodatku zbudowane przez jednego czlowieka...?! Lubie tu zagladac i losowo poczytac cos z h sztuki i poogladac. W tych czasach- cos tak SOLIDNEGO... nalezy sie wielki szacunek!!!

lzVvTIbbl (2014-04-04 04:08:57)

valium no prescription overnight effects of valium and alcohol - how to order valium online

pestka (2014-04-09 20:10:04)

Panie Krzysztofie!
Jestem właśnie w tej chwili nieźle przyduszona terrorem antykultury w szkole. Mam zamiar napisać artykuł na temat antypedagogiki. Jednak utknęłam na wsi i nie mam zbyt dobrego dostępu do literatury naukowej. Stąd pytanie: kto pierwszy posłużył się terminem "antykultura"?
Dziękuję za ten dział, moje myślenie na temat rzeczywistości jest takie samo. Zdumiewa mnie bezmyślność tak wielu ludzi wokół.
Gdyby była potrzebna pomoc w pisaniu lub redagowaniu haseł, byłabym zaszczycona.
Podziwiam Pana pracowitość i realizację zadania.

krzysztof karoń (2014-04-13 01:17:49)

>pestka: Głupio mi to pisać, ale termin "antykultura" na oznaczenie nie jakiegoś ogólnikowego hasła, ale świadomie tworzonej i aplikowanej społeczeństwom ideologii neomarksistowskiej po raz pierwszy został użyty w moim szkicu pt. historia antykultury (który, niestety, jest jeszcze w trakcie opracowywania, ponieważ temat jest ogromny i nie wiem, jak go "skompresować"). Bardzo się cieszę, że chce się Pani zająć antypedagogiką, ponieważ te pojęcia, szczególnie w polskiej literaturze, niemal w ogóle nie funkcjonują (podobnie jak np. antypsychiatria), a przecie są to nurty określające współczesny system wychowania. Im więcej informacji dotrze do publiczności, tym lepiej. Tym bardziej, że antykultura finansowana jest ze środków publicznych i ma do dyspozycji niemal całe media.
Co do pisania i redagowania haseł - od dawna myślę o tym, jak tę sprawę rozwiązać i jak przygotować witrynę do publikacji tekstów "autorów zewnętrznych". Bardzo mi na tym zależy. Mam nawet pewien plan, ale muszę najpierw skończyć historię antykultury. Jak tylko mi się to uda, wrócę do tematu.

pestka (2014-04-13 22:22:01)

Niestety, myślę, że historia antykultury to nigdy niekończąca się opowieść. W związku z tym byłoby dobrze nie czekać z wprowadzaniem autorów zewnętrznych aż do napisania jej zakończenia :). Artykuł na temat antypedagogiki już naszkicowałam, trzeba mi tylko po świętach skoczyć do czytelni naukowej w mieście i zweryfikować trochę danych. Mam też ciekawy pomysł na następne hasło.

Pozdrawiam Pana

Malarz Chmur (2014-05-29 17:16:18)

Chciałabym zwrócić uwagę na drobną literówkę, mianowicie przy Ekstazie św. Teresy Berniniego, powinno być: kaplica Cornaro, a nie Cornano.

krzysztof karoń (2014-06-01 17:30:14)

>Malarz Chmur: dziękuję, postaram się błąd zlokalizować i naprawić (w witrynie jest kilka "Ekstaz").

wyobcowany (2014-07-08 21:36:50)

Portal przydatny, historia sztuki, przynajmniej do modernizmu, pisana obiektywnie i bez przedstawiania własnych poglądów. Niestety, do fachowości daleko, bo dział o antykulturze przypomina formą esej albo jakąś paranaukową pracę. A szkoda - bo czytanie konserwy to nic przyjemnego, obrażanie ludzi również. Każdy ma prawo na odbiór sztuki tak, jak ją postrzega, ale przeinaczanie faktów, błędy merytoryczne czy pokrętna logika i uzasadnienia jest w fachowej pracy nie do zaakceptowania. Widać z góry, że pisane jest to wszystko przez człowieka o poglądach konserwatywnych i prawicowych, który plącze sztukę z polityką (na siłę tworząc takie działy jak ten o UE, rewolucji seksualnej czy "ideologii gender", której nie ma), filozofię uznaje za jakąś zbieraninę wiedzy, a gender studies uważa za wymysł szatana. Aż przykro jak się czyta. Nie wspominając o błędach przy postmodernistycznych teoriach.

wyobcowany (2014-07-09 01:53:07)

Liczne błędy także w dziale o językach praindoeuropejskich. Jeżeli piszesz już o języku indoeuropejskim (a więc wychodzisz z założenia synchronicznego, nie diachronicznego), to dziel ten język na odpowiednie rodziny językowe, a nie grupy! Jeżeli zaś odtwarzasz proces powstawania, a o to Ci chodzi, język praindoeuropejski nie miał w sobie rodziny bałtyckiej i słowiańskiej, one kształtowały się zdecydowanie później (XIII w. p.n.e. - VIII w. n.e.), miał za to rodzinę języków bałtosłowiańskich, z której to dopiero wyodrębniły się te. Informacje licealne.

Shap (2014-07-19 08:41:24)

Czy powstanie taki dział jak historia grafiki komputerowej?

krzysztof karoń (2014-07-22 22:45:14)

> wyobcowany: Zacznę od końca.
1. Większość materiału przedstawionego w witrynie prezentuje orientacyjny stan współczesnej wiedzy w dziedzinach i w zakresie istotnym dla zrozumienia przedstawianych zagadnień, a nie dla poznania całości tematyki specjalistycznej. Jest to wiedza czerpana z ogólnodostępnych źródeł cieszących się opinią wiarygodnych, tzn. reprezentatywnych dla tych dziedzin. Dla mnie np. Judith Butler jest wiarygodna w kwestiach ideologii gender, ponieważ jest bóstwem wielu środowisk antykulturowych i ma cenzus naukowy, podobnie jak np. Maria Gimbutas, która jest przedstawicielką archeologii feministycznej, chociaż wcale nie muszę się z ich poglądami zgadzać.
2. W tak obszernym materiale mogą pojawiać się błędy techniczne (np. literówki), albo wynikające z mojego niezrozumienia intencji autorów stanowisk. W takich przypadkach wielu moich Gości przysyła korekty, a ja staram się je uwzględniać, jeśli korektę uznam za uzasadnioną. Korektę uznaję za uzasadnioną, jeśli wykazuje ona moje niezrozumienie zagadnienia, a nie niezgodność przedstawionej interpretacji z czyimiś poglądami, bo to są różne sprawy. Jeśli ktoś nie zgadza się np. z interpretacją antykultury jako narzędzia walki o władzę polityczną, to ma do tego prawo, ale ja pozostanę przy tej interpretacji przedstawiając jej uzasadnienie. Od tego momentu trzeba w dyskusji obalić to uzasadnienie. Jeśli to się uda - to co innego. W przypadku interpretacji dorobku antykultury moja ocena jest zdecydowanie negatywna, a uzasadnieniem tej oceny jest historia antykultury (a raczej będzie, gdy zostanie ukończona, co nastąpić powinno do końca wakacji). Ponieważ do tematów mogę wracać najczęściej raz na rok, sprawę języków sprawdzę i ew. skoryguję, chociaż w tym przypadku wskazana korekta nie ma wpływu na treść działu. Jeśli tak jest, proszę o uzasadnienie.
3. Słusznie wskazał Pan, że od modernizmu zaczynają się "interpretacje", ponieważ - jak Pan zapewne wie - po modernizmie istnieją już tylko interpretacje, a to za sprawą zwrotu lingwistycznego i teorii krytycznej, dla których obiektywny opis rzeczywistości nie istnieje. To, że moja historia antykultury przypomina formą esej nie jest ani zarzutem ani pochwałą, ale stwierdzeniem faktu. Dla mnie dobra jest każda komunikatywna forma przekazu, ponieważ mogę (jeszcze, bo nie wiadomo jak długo) pisać, co uważam za stosowne, a moim celem nie jest zdobywanie naukowych stopni, ale porządkowanie dla moich Gości informacji w świecie programowego, pojęciowego i ideologicznego chaosu. Uważam, że mam zdolność myślenia systemowego i trzeba tę zdolność spożytkować ku chwale ludzkości:).
4. Jak Pan wie, po rezygnacji z obiektywnego opisu rzeczywistości antykultura skoncentrowała się na "dyskursie" (Foucault, Habermas itp.), ale jeśli dyskurs nie ma na celu obiektywnego opisu rzeczywistości, to musi mieć na celu realizację interesów, które stały się kryterium prawdy. Moim celem jest wyposażenie moich Gości w umiejętność rozpoznawania metod prowadzenia takiego "dyskursu" i obrony własnych interesów, które nie muszą być tożsame z interesami antykultur, a które - moim zdaniem - są z nimi sprzeczne.
5. Rozumiem, że "czytanie konserwy" to nic przyjemnego, ale przecież nikt Pana nie zmusza do jej czytania. Jeśli więc jest to aż takie nieprzyjemne, proszę sobie darować. Oferta "progresu" jest bardzo szeroka. Ma Pan przy tym całkowitą rację, że trafił Pan na witrynę robioną przez osobę o poglądach konserwatywnych (w znaczeniu szkockiego "common sense"), ale jeśli zarzuca mi Pan, że "plączę sztukę z polityką", to proszę wybaczyć... i zapoznać się z całą ogromnną literaturą sytuacjonistyczną, performerystyczną czy chociażby z archaicznymi już tekstami Beuysa. Jeśli natomiast uważa Pan, że tworząc takie działy, jak o UE, rewolucji seksualnej i ideologii gender robię to "na siłę", to doprawdy, proponuję lekturę traktatów unijnych, książek Wilhelma Reicha czy wyników badań Melforda Spiro. Ponieważ Pański list sformułowany jest w tonie lekceważącym, czuję się upoważniony odpowiedzieć złośliwie, że w moim głębokim przekonaniu ani jednych, ani drugich, ani trzecich Pan nie czytał, a prawdopodobnie nie wie Pan nawet o ich istnieniu. Niestety, w "informacjach licealnych" tych nazwisk się nie wymienia. Jeśli uzupełni Pan lektury i zdecyduje się na podjęcie merytorycznej dyskusji ze wskazaniem faktów, a nie inwektyw, obiecuję stworzyć dla Pan specjalną stronę i opublikować każdy tekst polemiczny.
Obiecuję to zresztą nie tylko Panu, ale wszystkim, którzy chcieliby włączyć się w taką dyskusję.
pozdrowienia

krzysztof karoń (2014-07-22 23:07:26)

> Shap: Szczerze mówiąc nie wiem. Ja na pewno nie jestem w stanie takiego działu stworzyć w ciągu najbliższych kilku lat, ponieważ sam się na grafice komputerowej nie znam, a przede wszystkim nie uważam, żeby wybór nowego medium tworzył sam przez się nową, istotną jakość artystyczną (ale zastrzegam, że nie śledzę tego rynku). To jest zresztą bardziej złożony temat, bo media elektroniczne mają swoją specyfikę, jeśli obejmują cały proces twórczy i odtwórczy. Znam kilku świetnych plakacistów, którzy używają po prostu komputerów do projektowania plakatów, ponieważ zamienili pędzel na myszkę albo tablet, ale czy to już jest grafika komputerowa?
Podejrzewam, że taką historię powinien napisać ktoś bliższy branży, bo tu może swoją rolę odgrywać kwestia "czucia materii". Poza tym jest jeszcze kwestia dorobku (chociaż to oczywiście już kategoria anachroniczna). Ja po prostu nie znam wybitnych dzieł artystycznych stworzonych z użyciem technik komputerowych. Jest wiele wspaniałej grafiki użytkowej, ale to jeszcze nie jest powód, żeby historię grafiki komupterowej traktować jako część historii sztuki. Można się oczywiście z takim stanowiskiem nie zgadzać.

wyobcowany (2014-07-24 00:37:14)

1. Ideologii gender, Szanowny Panie, nie ma i nigdy nie było. Na gruncie polskim jest to zlepek stworzony bardzo sprytnie przez warstwy szacownego kleru, gdyż nie sądzę, by ci właśnie mieli wiedzę z zakresu brytyjskich i amerykańskich prac o teoriach spiskowych dot. gender studies, kiedy tam protesty te miały miejsce w latach 80. XX wieku. Zlepek o tyle sprytny, że połączony z dwóch słów: "ideologii", która po czasach I-, ale przede wszystkim II wojny światowej kojarzy się z czymś złym i niedobrym. Nie tylko zresztą w XX wieku, gdyż już w połowie wieku XIX wieku pojawiła się jako pierwsza w pracach Marksa, potem Mannheima (którzy są dla środowisk prawicowych iście piekielni :)) i znaczyła tam już, subiektywną, naukę o ideach i połączona była z planowaniem gospodarki presocjalistycznej. Po drugie - ze słowa "gender", które w polskich realiach funkcjonuje jako zasłyszane bądź nieznane. Wszystko natomiast, co nieznane, jest z góry wypierane (nie trzeba tu wiedzy psychologicznej, by stwierdzić, że jest to klasyczny model wyparcia, a jeśli nawet byśmy chcieli, nie mielibyśmy z tym problemu - mogę rzucać nazwiskami bez opamiętania :)). Tak więc "ideologia gender" to bardzo propagandowe hasło-klucz, które mieści w sobie szeroką gamę różnych zjawisk społecznych, nie stanowiących nawet jej zakresu. Rozumiem także, że przeczytał Pan prace Butler, skoro tak skory jest Pan wtykania wszędzie "genderów", podobnie Gimbutas, Agaciński, Cixous, Kosofsky-Sedgwick i inni/inne? Bo jeżeli chce Pan przytaczać na tej stronie obiegowe opinie, zasłyszane gdzieś, złośliwie to ujmę - z ambony - to raczy Pan wybaczyć, ale zastanawiam się, o czym w ogóle rozmawiać. Rozumiem, że zaraz będziemy mieli do czynienia z ideologią "queer", a potem z "ideologią kampu", "femi-ideologią" czy "ideologią afektywnych bodźców tożsmaościowych", czyli badań, które są prowadzone w ramach badań humanistycznych, a ich ośrodkiem jest kultura i literatura (wszelkie filologie).
2. Dalej - jeśli mówimy więc o semantyce "historii sztuki", mówimy tu o pewnej chronologicznej, sproblematyzowanej, podpartej źródłami faktografii, pewnym procesie, który nie ulega interpretacji własnej (od tego jest analiza historii sztuki, odbiór dzieła sztuki, analiza dzieła literackiego itd. - przedmioty wykładane na studiach), sam zaś tok diachroniczny nie wskazuje na możliwe interpretacje. Jeżeli chce Pan być uczciwym i nie wprowadzać ludzi w błąd, że uczą się HISTORII SZTUKI, proszę to oficjalnie sprostować. Jest to kłamstwo, gdyż uczą się PANA ODBIORU DZIEŁ SZTUKI I WYTWORÓW KULTURY, bez możliwości na jakiekolwiek refleksje i pytania. Jest to tok narzucony z góry, interpretacja subiektywna przedstawiona jako fakty obiektywne, "naukowe". Nie przekonuje mnie w ogóle argument "spostrzegania i umiejętności interpretacji" pewnych zjawisk kultury, które są obecne wokół nas i wypracowania odpowiednich krytycznych narzędzi, gdyż od tego jest własna percepcja człowieka, a nie usilne ideologizowanie sfer, które uchodziły i według wielu uchodzą za wolność słowa i pewną swobodę (patrz: Golgota Picnic).
3. Pisanie prawdy, a pisanie kłamstw albo półprawd to dwie odrębne kwestie, proszę Pana.
4. Co to jest "obiektywny opis rzeczywistości"? Czyżby przed modernizmem ludzie poprzez sztukę wyrażali "obiektywny opis rzeczywistości", w ogóle nie wchodząc w sprawy społeczno-polityczno-historyczne? Rozumiem, że kiedy sztuka nawiązuje do wydarzeń współcześnie nazywanych postępowymi, oświeconymi, jest dla Pana ANTYKULTURĄ, a gdy w okresie preromantycznym nawiązywała do wzorców niemieckich idealistów, iście konserwatywnych, wówczas stanowi to element KULTURY? To się nazywa hipokryzja i właśnie nieumiejętność interpretowania zjawisk społecznych. U Pana jest to obrona interesów, która nie "nie musi", ale "nie może być tożsama z interesami antykultury", gdyż nie daje Pan w ogóle możliwości wyboru, secundo - nie stawia żadnych pytań i nie ma żadnych wątpliwości. A ja myślałem, że skoro nazywa je Pan subiektywnymi i teoriami krytycznymi, ideologicznymi, to nie są one dosłowne, a mają kilka warstw znaczeniowych i kilka pni metaforycznych. To, czym się Pan posługuje, nazywa się socjotechniką, gdyż przypisuje Pan antykulturze pewne grupy interesów, które są konotowane pejoratywnie.
5. To, że sztuka XX wieku jest integralna wraz z sytuacjami społecznymi, historycznymi i kulturowymi - tego nikt nie ukrywa. I temu nie przeczyłem. Uznałem, że nachalne wiązanie jej tam, gdzie tego związku nie ma, jest złe. Proszę mnie nie odsyłać do literatury sytuacjonistycznej czy z pogranicza performansu, bo tę znam bardzo dobrze, ale Pan nie zna chyba literatury XX wieku w latach 30-40, kiedy Pana polityczni pobratyńcy tworzyli z polskiej literatury "zabawkę polityczną". Tego Pan nie zauważa? Poza tym nikt nie burzy się, gdy czyta się w szkołach I czy II Awangardę Krakowską, włoskich, angielskich, rosyjskich czy szwajcarskich futurystów, więc nie widzę powodu, dla którego zwroty transhumanistyczne, posthumanistyczne i postkulturowe traktować jako elementy walki polityczno-ideologicznej. Utwory tych wspomnianych są traktowane w kategoriach sztuki i dziś, tak samo powinny być traktowane nowe. Niestety, widzę, że w liceum także nie nauczono analizowania faktów.
Pozdrawiam.

krzysztof karoń (2014-07-25 19:24:38)

> wyobcowany: Szanowny Panie, przede wszystkim bardzo dziękuję za odpowiedź. Porusza Pan jednak taki splot zagadnień, że trudno ogarnąć je w "trybie forumowym", dlatego odpowiadać będę stopniowo, żeby uniknąć chaosu pojęciowego. Mam przy tym prośbę i propozycję. Jeśli zdecyduje się Pan kontynuować polemikę, darujmy sobie wszystkie osobiste wycieczki w rodzaju "liceum" czy "z ambony", "prawicowy" i "piekielny", a już tym bardziej hasło-pałkę w postaci „teorii spiskowych” (czy pakt Ribbentrop-Mołotow był spiskiem w znaczeniu encyklopedycznym, albo działalność bolszewików na Zachodzie po 1904 r.?), a skoncentrujmy się na meritum.
Dla "oczyszczenia przedpola" wyjaśnię rzecz najważniejszą.
Witryna „worldmuseum” (w której to nazwie nie ma pojęcia sztuka) nie powstała po to, żeby pisać kolejną historię sztuki, bo tych jest bez liku, ale żeby napisać historię sztuki, która przedstawia inny punkt widzenia, niż obowiązujący, czyli wyrywający sztukę z jej społecznego, politycznego i ideologicznego kontekstu. Ja nie prowadzę szkoły, wykładów, nie realizuję żadnej opłacanej ciężkimi pieniędzmi „strategii kulturowej”. Moją witrynę odwiedzają ludzie z własnej woli, niektórzy nawet płacąc za to złotówkę miesięcznie, bo mogą znaleźć w niej alternatywę. Co z nią zrobią, to jest kwestią ich wolnego wyboru, ale wolny wybór jest wtedy, gdy ma się wybór.
Zwieńczeniem ramówki tej witryny (bo to jest tylko ramówka do dalszej pracy) jest historia antykultury i jest to dział bardzo, ale to bardzo nieprzyjemny dla większości – szczególnie młodych - gości, ponieważ wynika z niego jeden wniosek – że jakakolwiek wartość może powstać tylko za cenę wysiłku, a podjęcie wysiłku oznacza ograniczenie wolności w pojęciu antykulturowym (czyli wolności od ograniczeń), dzięki czemu można zrealizować wolność w znaczeniu kulturowym, czyli prawo do zaspokajania potrzeb, wymagających z kolei posiadania dóbr materialnych.
Sprowadza się to do zasady, że każdy, kto chce zrealizować jakiekolwiek swoje prawo (z wyjątkiem prawa do nic-nie-robienia) wymagające dysponowania dobrami materialnymi , a nie jest skłonny lub zdolny do zorganizowanego wysiłku umożliwiającego wyprodukowanie tych dóbr, musi te dobra ukraść (z wyjątkiem dzieci, które dostają przez jakiś czas wszystko za darmo). Po prostu nie ma innej możliwości. Nieuchronnym wnioskiem wynikającym z tej zasady jest to, że antykulturowa koncepcja wolności jest koncepcją ludzi wolnych od jakichkolwiek ograniczeń, ale żyjących w nędzy (w najlepszym razie).
Każda dyskusja na tematy społeczne (w tym dyskusja na temat kultury, sztuki czy czegokolwiek, np. pojęcia gender) musi prędzej czy później odpowiedzieć na pytanie, czy realizacja dowolnej koncepcji gwarantuje możliwość produkcji dóbr materialnych w stopniu zapewniającym dobrobyt powszechny (do niby dlaczego dobrobyt miałby być dla wybranych), czy też jego stworzenie wyklucza. Podkreślam – nie ma przymusu tworzenia dobrobytu i każdy ma prawo wybrać kontemplacyjny tryb życia buddyjskiego mnicha, ale buddyjski mnich każdego ranka idzie z miseczką po ulicy i zbiera ryż od tych, który go wyprodukowali. Ci, który go wyprodukowali mogą oddawać swój ryż dobrowolnie i nikomu nic do tego. Chodzi o to, że jeśli tworzy się jakąś społeczną koncepcję i obiecuje ludziom kompletną wolność od ograniczeń, to trzeba im również powiedzieć, że swój ryż będą musieli albo wyżebrać albo ukraść. Tylko tyle – wtedy jest to uczciwe.
Antykultura, która oferuje ludziom wolność od ograniczeń może rozwijać się tylko w dobrobycie stworzonym przez kulturę, która wymaga ograniczeń. Jeśli nie działa mechanizm kultury, antykultura musi doprowadzić do ekonomicznej nędzy.
I znowu powtarzam - można wybrać nędzę, jeśli rzeczywiście świadomie się ją wybiera, ale antykultura tego nie mówi i to musi być powiedziane i dotrzeć do świadomości ludzi. Jeśli ludzie wybiorą antykulturę, czyli wolność życia w nędzy – proszę bardzo.
W mojej historii antykultury główną część stanowi dział "pojęcia". Chodzi w nim o przypomnienie znaczenia pojęć, które powstały i utrwaliły się w tradycyjnej kulturze europejskiej, ale przede wszystkim o sprecyzowanie pojęć, które powstały w XX wieku, ale funkcjonują w przestrzeni społecznej jako mało precyzyjne hasła. W takim przypadku staram się wyjaśnić, nie tyle - co ja przez nie rozumiem, ile - co oznaczają one w PRAKTYCE. Do najważniejszych pojęć należą pojęcia kultury, antykultury, prawicy i lewicy. Otóż kultura w moim ujęciu to mechanizm, który umożliwia produkcję dóbr materialnych, z których żaden współczesny człowiek nie chce zrezygnować, a antykultura to mechanizm, który pozbawia ludzi i społeczeństwa tej zdolności – bez względu na to, jakie hasła wznosi jedna i druga.
Z kolei stanowisko prawicowe to takie stanowisko, które wprowadza w życiu społecznym dowolne modyfikacje pod warunkiem, że nie niszczą one mechanizmu kultury ale ten mechanizm wspierają. Z tego względu we współczesnym świecie prawica nie może obiecywać ludziom niczego, czego sami ci ludzie nie wyprodukują dla siebie, bo inaczej musiałaby obiecać, że zabierze jednym i da drugim. Natomiast stanowisko lewicowe obiecuje ludziom korzyść (wolność) nie informując ich, że dobra służące realizacji ich praw (czyli zaspokajaniu potrzeb) musza wyprodukować sami, albo ukraść.
Wyraźne rozróżnienie na lewicę i prawicę pojawiło się w XIX wieku, gdy kwestią zasadniczą stał się niesprawiedliwy podział dóbr produkowanych w gospodarce kapitalistycznej. Różnica polegała na tym, że prawica chciała wprowadzić mechanizm sprawiedliwego podziału do sprawnie działającego (czyli wydajnego) systemu ekonomicznego, natomiast lewica postanowiła wprowadzić sprawiedliwy podział, jednocześnie likwidując sprawny system ekonomiczny i lekceważąc fakt, że podstawą sprawnego systemu ekonomicznego jest ekonomiczny przymus. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że w skali społecznej możliwy jest sprawny system ekonomiczny oparty na dobrej woli, spontaniczności lub entuzjazmie – ma do tego prawo, co nie zmienia faktu, że jest to utopia. Tak zdefiniowana lewica zdobyła w XIX wieku znaczna popularność, ponieważ wiele ludziom obiecywała, niczego w zamian nie żądając.
To, jaka ideologia, jaka instytucja, lub jaka partia nazywa się prawicową lub lewicową nie ma żadnego znaczenia, a raczej ma znaczenie tylko dla tych, którzy znaczenia tych pojęć nie odróżniają. Mnie w każdym razie to nie obchodzi. Jeśli zajrzy Pan do części zatytułowanej wstępnie „Blatowanie chadecji”, to znajdzie tam Pan informacje o procesie, w którym europejska chadecja typu „adenauerowskiego” zmieniła się w antykulturową neo-chadecję, w swoim programie ścigającą się nawet ze skrajnymi odłamami współczesnej lewicy. Lewicy natomiast wcale „czarni” nie przeszkadzają, a nawet są przez nią hołubieni, jeśli przebrani w „czerń” wznoszą na Przystanku Woodstock gromkie „siema” i to samo powtarzają w ambon. Ja taką „prawicę” uważam za większe zagrożenie dla kultury, niż aktywną antykulturę, ponieważ realizuje ona dokładnie antykulturowy plan „marszu przez instytucje”, stając się nierozpoznawalna.
A teraz, zapowiadając ciąg dalszy, poruszę dwie sprawy:
Pisze Pan: „Jeżeli chce Pan być uczciwym i nie wprowadzać ludzi w błąd, że uczą się HISTORII SZTUKI, proszę to oficjalnie sprostować. Jest to kłamstwo, gdyż uczą się PANA ODBIORU DZIEŁ SZTUKI I WYTWORÓW KULTURY, bez możliwości na jakiekolwiek refleksje i pytania”.
Z Pańskiego tekstu wynika, że „obiektywną” historią sztuki jest chronologiczny spis faktów pozbawiony jakiegokolwiek komentarza, a nawet wskazania związków między faktami, bo takie wybiórcze wskazanie profiluje odbiór. Tymczasem w każdej „obiektywnej” historii sztuki znajdzie Pan pozytywnie wartościujące pojęcie „renesansu” jako „odrodzenia”, które następuje po „upadku”, jakim był styl, któremu nadano negatywnie wartościującą nazwę „gotyk”. Ja natomiast piszę (podając uzasadnienie i przykłady) o tym, że z punktu widzenia rozwoju myśli konstrukcyjnej gotyk był supernowoczesnym i jedynym samodzielnym osiągnięciem architektury od czasów starożytności aż do wynalezienia żelbetu, a konstrukcyjna finezja katedry Gaudiego byłaby nie do pomyślenia bez doświadczenia gotyku (bez względu na oceny estetyczne). Piszę również o tym (podając uzasadnienie i przykłady), że renesans florencki nie był renesansem antyku, ale miejscowego romanizmu i czymś zupełnie jakościowo innym od „papieskiego” renesansu rzymskiego (bo to papieże nawiązali do antyku, a nie florencki patrycjat). Podobnie powszechnie akceptowane określenie „modernizm” deprecjonuje wszystko, co nienowoczesne jako „staroświeckie”. Ja natomiast bronię modernizmu, który był wielką nadzieją antykultury, ale gdy przestał być użyteczny, został przez nią porzucony i zdeprecjonowany tak, jak porzucony i zdeprecjonowany został proletariat, gdy okazał się konserwatywny i drobnomieszczański.
Oczywiście, że ja przedstawiam własną interpretację historii sztuki w tych kwestiach, które są decydujące dla toczącej się walki antykultury z kulturą, podobnie jak jest oczywiste, że chciałbym dostarczyć argumentów kulturze, żeby rozpoczęła wreszcie skuteczną walkę z antykulturą. Jednak - nawet krytykując - staram się przedstawić zarówno stanowisko, które jest stanowiskiem „obowiązującym” jak i stanowisko alternatywne, czyli takie aspekty, które zostały zasłonięte przez kompletnie zideologizowaną historię, jakiej uczy się w szkołach i na uniwersytetach.
Gdzie tu jest wprowadzanie w błąd lub kłamstwo?
Natomiast kwestia prawdy i kłamstwa staje się istotna w przypadku drugiej kwestii, jaką chcę poruszyć na koniec tego odcinka – kwestii gender.
Nie będę się sprzeczał na temat istnienia lub nieistnienia ideologii gender. Dla mnie gender jest ostatnim elementem ideologii antykultury wprowadzonym po to, żeby rozmontować podstawę ludzkiej tożsamości, która, formowana przez kulturę, ma bazę biologiczną. Moja definicja nie ma tu jednak żadnego znaczenia, ponieważ pojęcie gender zostało zapożyczone z aparatu pojęciowego językoznawstwa i oznacza nie płeć biologiczną, ale rodzaj gramatyczny (ten,ta,to). Takie źródło jest wymieniane w każdym kursie gender studies, a więc nie jest moim wymysłem. Również otwarcie przedstawiany jest cel – stworzenie aparatu pojęciowego, który obejmowałby nie tylko dwie płci biologiczne, ale również występujące w naturze, chociaż rzadkie pośrednie formy fizjologiczne, oraz zachowania i role społeczne, które do tej pory traktowane były jako uwarunkowane biologicznie.
Do tej pory nie zgłaszam żadnych zastrzeżeń. Rozpoczynają się one od twierdzenia, że (1) w kształtowaniu tych społecznych zachowań i ról decydującą rolę odgrywa kultura, a całkowity sprzeciw budzi twierdzenie, że (2) płeć biologiczna nie ma w tej kwestii ani zasadniczego, ani nawet żadnego znaczenia.
Po pierwsze nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że kultura nie określa sposobów manifestowania tego, co określa się jako „gender role”. Nie ma jednak żadnych postaw do twierdzenia, że w ramach jednej kultury „gender role” są sprzeczne z płcią biologiczną. To, że w Szkocji mężczyźni noszą spódniczki, a w Polinezji stroją sobie głowy kwiatami chętniej niż kobiety nie jest żadną oznaką ich „zniewieścienia” rozumianego w ramach innej kultury. To, że Szkot w spódniczce żeni się z kobietą w długiej sukni albo w spodniach nie oznacza, że żenią się dwie kobiety, albo że odwróciły się ich role i Szkot jest kobietą, a Szkotka mężczyzną. Robią to, co jest normą w ich kulturze. Natomiast przenoszenie wzorców kulturowych między kulturami jest czymś zupełnie innym i sprzeciwia się temu cały nurt relatywizmu kulturowego poczynając od Franza Boasa, ale i na nim kończąc, ponieważ np. Margaret Mead uważana za wierną uczennicę Boasa, pozostając w ramach ww. relatywizmu usilnie namawiała amerykańskie nastolatki (które w ich wieku musiały chodzić do college i żyły na koszt rodziców), żeby odrzuciły kołtuńską kulturę amerykańską i naśladowały nastolatki polinezyjskie (które w ich wieku do szkoły nie chodziły i były dojrzałymi społecznie kobietami). Jeśli to nie jest hipokryzja, to ja nie wiem, co nią jest. Po prostu dla antykultury (do której Boas nie należał w odróżnieniu od jego uczniów) każda metoda jest dobra dla osiągnięcia zamierzonego efektu społecznego, a to, że polinezyjska nastolatka (w tamtych czasach) niczego na takim eksperymencie nie traciła, natomiast amerykańska nastolatka zasilała nieoduczony, ale korzystający chętnie z zapomóg lumpenproletariat – to już Margaret Mead nie obchodziło. Mimo to sprawa relatywizmu kulturowego jest kwestią dyskusyjną, ponieważ nie ma w niej twierdzeń możliwych do zweryfikowania na gruncie nauki.
Jedno z takich twierdzeń mówi, że społeczne role związane z płcią, a nawet zachowania seksualne (czyli zachowania mające na celu zaspokojenie popędu płciowego) nie są w sposób zasadniczy, a nawet w ogóle, determinowane przez płeć biologiczną.
Otóż to twierdzenie jest całkowicie sprzeczne z wynikami badań naukowych, z których wynika coś wręcz przeciwnego, a mianowicie, że utrwalony w kulturze zasadniczy podział ról społecznych jest determinowany przez płeć biologiczną. Można oczywiście lekceważyć wyniki badań naukowych, nauka nie jest zresztą prawdą objawioną i zawsze może dojść do nowych odkryć, ale nie można wyników tych badań ukrywać ani przemilczać. Należy po prostu uczciwie powiedzieć, że jest to teoria sprzeczna z aktualnymi ustaleniami nauki, ale popierana przez nurt (ruch) gender np. w celu realizacji antykulturowej idei wolności, ale kosztem sprowadzenia społeczeństwa do ekonomicznej nędzy.
Celowo używam tu określenia „nurt/ruch” rezygnując z pojęcia ideologia (dla mnie aktualnego), ponieważ nie można zaprzeczyć faktu istnienia zorganizowanego ruchu, którego skutkiem jest gender mainstreaming jako oficjalna strategia kulturowa Unii Europejskiej wpisana do unijnych traktatów i opisana w witrynie RE, ani funkcjonowania sieci uczelni uprawiających gender studiem i przyznających w tej dziedzinie tytuły naukowe.
Wyjaśnienia sprzeczności gender i współczesnej nauki nie przedstawiam tutaj, ponieważ jest ono opisane na odrębnej stronie (w historii antykultury w dziale pojęcia)poświęconej w całości temu tematowi i badaniom amerykańskiego socjologa Melforda Spiro prowadzonym przez kilkadziesiąt lat w izraelskich kibucach. Zachęcam do lektury.
Do innych wątków powrócę za jakiś czas, ale, jeśli nie ma Pan nic przeciwko temu – na nowej podstronie zatytułowanej POLEMIKI. Chodzi o to, że nie potrafię zrobić łatwego w obsłudze forum i ta strona stałaby się nieczytelna.
pozdrowienia.

mizantropka (2014-08-01 11:18:28)

Jestem urzeczona powyższą polemiką. Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.

Pozwolę sobie jednak na wtrącenie, że z badań naukowych bynajmniej nie wynika, iż "utrwalony w kulturze zasadniczy podział ról społecznych jest determinowany przez płeć biologiczną". Nie wynika z badań naukowych również zdanie przeciwne, a mianowicie, że płeć i role płciowe determinowane są wyłącznie kulturowo (uznawanie takiego twierdzenia za reprezentatywnego dla badaczy z nurtu gender studies jest przy tym mocnym nadużyciem; ośmieliłabym się nawet twierdzić, że przypisywanie tak mocnej tezy samej Judith Butler nie jest uprawnione, jakkolwiek bowiem Bulter podważa biologiczne fundamenty płci, czyni to, aby obnażyć siłę oddziaływania kultury na formowanie samego pojęcia "naturalności" przyjętych podziałów, nie zaś, by w pełni zanegować ich biologiczny pierwiastek).

Pragnę przy tym zauważyć, że Pan Krzysztof Karoń nie jest konsekwentny w wyborze metody obrony swoich postaw. Dyskredytując badania z nurtu gender studies odwołuje się do bliżej nieokreślonych "badań naukowych", natomiast na stronie startowej swojej witryny umieszcza film określony jako nie reprezentujący "stanowiska zwolenników teorii globalnego ocieplenia (prezentowanego wszędzie)". Tym samym teoria (ideologia może?) globalnego ocieplenia, choć potwierdzona w znacznie większej liczbie porządnie opracowanych badań niż teza o biologicznym zdeterminowaniu ról płciowych (której, nadmienię, nie sposób potwierdzić ani jej zaprzeczyć, bowiem nie można sztucznie, na użytek analizy naukowej, oddzielić w człowieku „nature” od „nurture”), zaliczona zostaje do tej samej kategorii, co krytykowane przez przedmówcę gender studies.

Uznaję za humorystyczny aspekt przytaczanych przez Szanownego Pana tez twierdzenie, jakoby ruch gender prowadził społeczeństwo do "ekonomicznej nędzy", przy jednoczesnym braku uznania dla faktu, że globalne ocieplenie wiedzie nas prostą ścieżką ku zagładzie całej planety (powie Pan: wątpliwej; jeśli nawet - czyż nie mamy zbyt wiele do stracenia?).

krzysztof karoń (2014-08-07 02:05:50)

> mizantropka: Dziękuję i zacznę od końca (a przy okazji proszę o rozwiązanie problemu, jak i gdzie zorganizować miejsce dla podobnych, ale bezpośrednich dyskusji, bo warto).
1. Nigdzie nie twierdziłem, że sam ruch gender prowadzi do czegokolwiek, a tym bardziej do nędzy, z wyjątkiem naruszenia podstaw tożsamości osobniczej (i tylko o to w nim chodzi). Nieumiejętność rozpoznania płci jest taką samą dysfunkcją organizmu, jak np. daltonizm polegający na nieodróżnianiu kolorów, tyle tylko że zaszczepianą świadomie w procesie indoktrynacji. Ten proces indoktrynacji sprowadza się w tym przypadku do rozbijania wzorców zachowań kojarzonych z konkretną płcią biologiczną w ramach konkretnej kultury. Jest to sprzeczne z zasadą kulturrealtywizmu, który genderowcy podobno respektują. Natomiast odrębną sprawą jest to, że ideologia antykultury, której gender jest częścią, musi prowadzić w skali społecznej (czyli jeśli staje się postawą dominującą) do pozbawienia ludzi samodyscypliny, która umożliwia zdobycie wysokich kwalifikacji, oraz zdolności do tak ścisłej organizacji pracy, która umożliwia skuteczne tworzenie dobrobytu na poziomie cywilizacji wysokich technologii. Obecnie wysokie technologie powstają głównie w USA, ale tworzone są już nie przez Amerykanów, ale przez m.in. Hindusów itp. - np. wiekszość wybitnych amerykańskich matematyków uniwersyteckich to Hindusi, którzy jeszcze mają motywację do pracy). Z kolei społeczeństwa, które nie są w stanie rozwijać się na konkurencyjnym rynku międzynarodowym, muszą popaść w najlepszym razie w stagnację, która prowadzi do takiego regresu i zubożenia, jakie doprowadziło do załamania gospodarkę radziecką w końcu lat 80-tych XX wieku i do rozpadu państwa, czyli poddanie się ekonomicznej, a potem kulturowej kolonizacji. Względny dobrobyt pasożytniczych Amerykanów i Europejczyków jest w tej chwili (jeszcze) finansowany z pracy trzech czwartych miliarda Chińczyków (to tyle co cała Europa z Rosją, starcami i niemowlakami) i pół miliarda Hinudsów, bo tam przeniesiona została produkcja większości dóbr konsumpcyjnych. To, że dobrobyt będą produkować roboty, wmawiał antykulturowym pasożytom Herbert Marcuse od 1955 r., a potem jego następcy.
2. Globalne ocieplenie, nawet jeśli jest faktem, nie ma nic wspólnego z działalnością człowieka ani z emisją CO2. Największa emisja CO2 miała miejsce w latach 1945-1970 (powojenna odbudowa) i akurat wtedy globalna temperatura spadała (dane są ogólnodostępne), a zaczęła rosnąć, gdy zaczął się kryzys paliwowy i emisja CO2 gwałtownie spadła.
Proszę obejrzeć wykresy temperatur historii Ziemi w ciągu milionów lat - jest to nieustanna sinusoida - raz w górę, raz w dół. Czy kilka kolejnych topnień lodowców spowodowane było produkcją samochodów? Wtedy jeszcze nie było ludzi i nawet ognisk nie palono, a mimo to po każdym globalnym oziębieniu następowało globalne ocieplenie. Zawartość dwutlenku węgla w atmosferze wynosi 0,0385% (niecałe cztery setne procenta). Jeżeli zostanie zrealizowany plan niszczenia konkurencyjnych dla Europy zachodniej gospodarek Europy wschodniej przez podniesienie limitów emisyjnych, to gospodarki te zostaną zrujnowane, ale efekt ekologiczny będzie widoczny na 7-8 miejscu po przecinku (czyli zmiana wyniesie promile promila). Dzięki temu jednak gospodarki zachodnie, zbudowane na emisji CO2, nie będą miały konkurencji Europy wschodniej i półkuli południowej. Tym w Kolumbii pozostanie jedynie produkcja narkotyków. Działalność człowieka nie ma istotnego wpływu na ew. zmiany klimatyczne i nie ma na to żadnych dowodów, natomiast są twarde przeciwdowody (np. ww.).
Natomiast nie można wykluczyć, że z jakichś innych, nie znanych nam przyczyn następuje kolejne ocieplenie, które może się skończyć ekologiczną katastrofą. Ale to nie ma nic wspólnego z propagandą, o której mówimy. W naszej erze miały miejsce zarówno "małe epoki lodowcowe" jak i średniowieczne optimum klimatyczne - przemysłu wówczas nie było. Pieniądze, które dostają antykulturowi propagandyści warto skierować na badanie nie tyle przyczyn ocieplenia, co poszukiwanie nowych źródeł energii, bo i ropa, i węgiel i gaz wreszcie się skończą, a atom jest podobno jeszcze zbyt niebezpieczny. Produkcja wiatraków i ogniw solarnych jest w tej chwili znacznie bardziej niszcząca dla środowiska, niż ochrona wynikająca z ich stosowania, a ideolodzy śmiercionośnych solarów i wiatraków są zadowoleni, bo jak produkcję przeniesiono do Chin, to dla nich problem przestał istnieć. Na dodatek żadnym wiatrakiem ani ogniwem nie można zasilić przemysłu, bo to jest inna skala problemów, inne moce, inne napięcia itp. To, że jakiemuś cymbałowi sympatycznie migoce energooszczędna i zabójcza dla środowiska żarówka nie oznacza, że zrezygnuje on z samochodu, który robi się ze stali produkowanej w hucie. No tak... huty też przeniesiono do Chin i fajnie. Oczywiście można samochody wyplatać z wikliny. Bujane.
3. Pisząc o gender nie odwołuję się do "bliżej nieokreślonych badań naukowych", tylko odsyłam do badań opisanych w innym miejscu tej witryny. Nie mogę za każdym razem powtarzać kilku stron wyjaśnienia, bo to jest niewykonalne. Odwołuję się do badań amerykańskiego socjologa Melforda Spiro, przez kilkadziesiąt lat badającego izrealskie kibuce, które były organizowane zgodnie z ideologią gender (wtedy nazywano to po prostu komunizmem). Pokolenie kobiet urodzonych i wychowanych w tych kibucach w latach 70-tych przeprowadziło tzw. rewolucję Sabra (sabra to określenie tego pokolenia) odrzucając wszystkie (WSZYSTKIE) elementy życia społecznego, które są aplikowane młodzieży w europejskich szkołach obecnie. Dzięki temu bankrutujące kibuce komunistyczne (działające wówczas dokładnie jak rosyjskie kołchozy) stały się konkurencyjnymi przedsiębiorstwami. Itd., itp. Niestety, wiekszość pytanych przeze mnie osób (w trym dziennikarzy i nauczycieli) po prostu nie zna nazwiska Melforda Spiro, nie mowiąc o wynikach jego badań. W witrynie jest tłumaczenie jego najważniejszej publikacji. Zapraszam do lektury.
4. Pisze Pani: "z badań naukowych bynajmniej nie wynika, iż "utrwalony w kulturze zasadniczy podział ról społecznych jest determinowany przez płeć biologiczną"". Otóż w świetle badań naukowych (nie jest moją winą, że ludzie ich nie znają) podział ten JEST determinowany I TO WYŁĄCZNIE przez płeć biologiczną. Podkreślam - WYŁĄCZNIE. Oznacza to, że w każdej kulturze istnieją takie działania, które są JEDNOZNACZNIE związane z płcią biologiczną i nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że np. Trobriandczyk z kwiatami we włosach i pomalowaną twarzą jest 100-procentowym mężczyną, a kobieta, nawet ogolona na łyso i z dzidą, jest 100-procentową kobietą (podobnie jak ze Szkotem w spódniczce - czy jest on kobietą płciowo i kulturowo?). Rzecz w tym, że w każdej kulturze te zachowania (role) mogą być inne, ale W RAMACH TEJ SAMEJ KULTURY ich przydział jest jednoznaczny z płcią biologiczną. I teraz najważniejsze - dzięki temu każdy człowiek we własnej kulturze nie ma wątpliwości, kim jest i na tym "zakorzenieniu" we własnej kulturze buduje się społeczną tożsamość człowieka, oraz tożsamość wspólnoty. Jeśli małego chłopca wychowuje się na Wyspach HulaGula w spódniczce, nie ma żadnego problemu, bo tam wszystkich chłopców tak się wychowuje - nie ma niebezpieczeństwa zakłócenia tożsamości. Jednak w kulturze europejskiej, jak w każdej innej kulturze istnieje określony, odmienny, ale jednoznaczny "przydział" ról społecznych do płci biologicznej. Genderyści, których super-idolką jest Margaret Mead, chcą przenosić wzorce zachowań MIĘDZY kulturami, co jest sprzeczne z ich własną ideologią. Zmuszanie dziecka do odgrywania innych ról społecznych przypisywanych w jego kulturze konkretnej płci musi prowadzić do rozbicia procesu kształtowania się osobowości, a to dlatego, że u małych dzieci nie ma jeszcze rozwiniętego biologicznego popędu płciowego (to się u freudystów nazywa chyba latencja), który budzi się w okresie dojrzewania. Wtedy sam popęd podpowiada człowiekowi, kim jest i ku komu kierować ma swoje skłonności. W młodszym wieku dziecko jest "skazane" na wskazówki płynące z wpływu rodziny i otoczenia kulturowego. Jeśli tych wskazówek nie ma albo są sprzeczne, musi dojść do sytuacji (i coraz częściej dochodzi), w której budzący się popęd płciowy pozostaje zawieszony w kulturowej próżni. Dezintegracja osobowości poprzeda jej ukształtowanie.
O to właśnie chodzi w toczącym się sporze o posyłanie do szkoły sześciolatków i programy gender w przedszkolach - o to, żeby skrócić okres normalnego formowania się osobowości dziecka w heteroseksualnej rodzinie i uniemożliwić formowanie się tożsamości odpornej na lingwistyczny "performatywizm".
5. Co do p. Butler, to - bardzo przepraszam, ale - ja o niej wspominam z obowiązku, ponieważ stała się ikoną nowej religii i trudno ją pominąć nie jako postać, ale jako symbol. Ona sama nie jest warta wzmianki. Jest (podobno) specjalistką od retoryki i w ogóle lingwistyki, to chyba ona najwięcej mówiła w swoim czasie o performatywizmie, a nawet nie rozumie, że ten tzw. performatywizm - jakoby wielkie odkrycie XX wieku - nie jest niczym innym, jak współczesną formą zaklęcia, używaną przez szamanów "zaklinających deszcz". A antykultura jest własnie nowym szamanizmem i opiera się na podobnych uzasadnieniach. Czy naprawdę nikt nie dostrzega, że teoria ewolucji w wydaniu darwinowskim (bo są różne) jest współczesnym totemizmem, tyle tylko, że inaczej uzasadnionym? A to, czy pochodzimy od szczura, konia, wilka czy małpy to naprawde detal.
Jeśli chce Pani poznać głębię atropologicznej refleksji Judith Butler, niech Pani nie czyta jej książek (bo zakładam, że już je Pani przeczytała), ale niech Pani obejrzy godzinny show w telewizji (jest w You Tube), w którym zachwyca się ona wiekopomnymi dokonaniami panienek z "pussy riots" (nie wiem, czy tak to się pisze). Ucieszne. Gdyby to było "disco-gendero", to pół biedy, to jest jednak ideologia, która formatuje mózgi milionów ludzi.
Dobranoc, być może cdn...
pozdrowienia.

krzysztof karoń (2014-08-07 02:13:35)

> mizantropka: Jeszcze jedno, chodzi o to, kto naprawdę tworzy wysokie technologie (bo mogę być posądzony o brak dowodów). Jest taki popularny program komputerowy, nazywa się Photoshop (do obróbki bitmap) i chyba jako jedyny przy odpalaniu wyświetla listę swoich twórców. To jest tylko początek listy, jak się pogrzebie głębiej, można znaleźć całą.

mizantropka (2014-08-12 00:21:53)

1. Zacznijmy od kwestii definicyjnych: pisze Pan o ruchu gender, ja natomiast o „gender studies". Z pańskich wypowiedzi wnioskuję, że pojmuje pan „ruch gender” jako swoistą ideologię negującą biologiczne determinanty ludzkiej płciowości, a która tym samym miałby prowadzić do – że zacytuję – „naruszenia podstaw tożsamości osobniczej” oraz „nieumiejętności rozpoznania płci” w wyniku „indoktrynacji”. Przyznam, że nigdy o czymś podobnym nie słyszałam: jeśli płeć ma mocne podstawy biologiczne, co jest oczywiste dla wszystkich dyskutantów i o co nie warto się spierać, ciężko jest doprowadzić kogokolwiek do „nieumiejętności jej rozpoznania”, czego sam Pan poniekąd dowodzi pisząc o badaniach Spiro, których wartościowych wniosków również nie zamierzam podważać. Byłoby to podobne – że powołam się na Pański przykład – do próby wmówienia człowiekowi, że widzi tylko niektóre spośród spektrum barw, w wyniku czego osobnik taki stałby się daltonistą...
Nie bez przyczyny zatem piszę nie o „ruchu gender” czy „ideologii gender” (notabene: propagowanie takiej nonsensownej zbitki słownej traktuję jako ideologię w najczystszym rozumieniu tego słowa), lecz o „gender studies", których przedmiotem badań jest „płeć kulturowa” (a więc gender). Jak każda nauka „gender studies" bada rzeczywistość społeczną, a jeśli coś postuluje – to nowe podejście, odmienne rozumienie starych terminów, jak choćby słowo „naturalny”. Pytanie co jest naturalne (wrodzone, przynależne naturze ludzkiej, uniwersalne) a co nie, jest tu pytaniem kluczowym i wartym zadania, choć – jak już pisałam – trudno łudzić się, że kiedykolwiek padnie na nie jasna odpowiedź, człowiek jest bowiem istotą społeczną i nie sposób oddzielić w nim tego, co biologiczne od tego, co kulturowe. Istotne jest, i do tego nikt nie chyba ma wątpliwości, że determinizm biologiczny (człowiek to tylko biologia) i determinizm społeczny (człowiek to tylko kultura) nie mają i mieć nie mogą zastosowania. Twierdzi Pan jakoby podział ról społecznych był „determinowany I TO WYŁĄCZNIE przez płeć biologiczną. (...) Oznacza to, że w każdej kulturze istnieją takie działania, które są JEDNOZNACZNIE związane z płcią biologiczną” Pozwolę sobie zauważyć, że myli Pan dwie sprawy. Podział ról społecznych istotnie opiera się istnieniu biologicznej – niedyskutowanej, bo widocznej gołym okiem – różnicy między samcem a samicą gatunku Homo sapiens. Fakt ten nie jest jednak jednoznaczny z twierdzeniem, jakoby był przez tę różnicę całkowicie determinowany (tak rozumiem pańskie WYŁĄCZNIE). Determinizm biologiczny bowiem wyklucza ex definitione istnienie różnic kulturowych: innymi słowy, gdyby faktycznie w grę wchodziły wyłącznie czynniki wrodzone, ludzie różnych kultur nie różniliby się między sobą pod względem ról płciowych, a zatem tak bronionej przez Pana koncepcji „wzorców zachowań kojarzonych z konkretną płcią biologiczną w ramach konkretnej kultury”. Tak jak nie różnią się pod tym względem zwierzęta poszczególnych gatunków, niezależnie od tego, czy wzrastają w zoo, czy na wolności. Zgoda zatem, że „w każdej kulturze istnieją takie działania, które są JEDNOZNACZNIE związane z płcią biologiczną”, ponieważ żadna kultura nie może zignorować faktu, że kobiety rodzą dzieci, a mężczyźni nie. Jest to prosta linia podziału – tak jak dychotomia narodziny-śmierć, zdrowie-choroba itd. Każda z nich jest z punktu widzenia społeczności istotna i każda domaga się ich sensownego – w ramach danej kultury – wyjaśnienia. Ale to, jakie wyjaśnienie jest podawane, jest już kulturowo zróżnicowane – i tu dochodzimy do tak krytykowanej przez Pana koncepcji relatywizmu kulturowego. Proszę wszakże oddzielać ustalenia badaczy od ich postulatów dotyczących pożądanych zmian społecznych. Pierwsze jest nauką i może być uznane – zgodnie z prawami logiki – za „prawdziwe” lub „fałszywe” w zależności od prawdziwości przesłanek na których się opiera. Drugie jest inżynierią społeczną, sferą osobistych przekonań, światopoglądowych opcji i – jakkolwiek odwołuje się do ustaleń naukowych – nauką nie jest.
Na tej samej zasadzie zdaje się Pan mylić „gender studies" z jego polityczno-społeczną kontynuacją, którą, jak rozumiem, odbiera Pan jako zagrażającą pewnemu status quo uznawanemu za wzorcowe, pisze Pan bowiem o „rozbijaniu wzorców zachowań kojarzonych z konkretną płcią biologiczną w ramach konkretnej kultury”. Brzmi to tak, jakby „wzorce zachowań kojarzonych z konkretną płcią biologiczną” był trwałe, niezmienne, dane raz na zawsze. Jakby kultura nie ulegała zmianom. A tak nie jest. Nie jest feministką radykalną, ale tak – jestem feministką i zdaję sobie sprawę ile feminizmowi zawdzięczam. Gdyby nie feminizm pewnie do dziś nie mogłabym głosować (w XIX wieku kobiety były na to za głupie), nie mogłabym studiować (umysł XIX-wiecznej kobiety nie mógł – z powodów naturalnych, biologicznych, wrodzonych – znieść takiego obciążenia), prawdopodobnie nosiłabym gorset (kobiecemu ciału brakowało turgoru, by utrzymać się w pionie bez tej podpory) itd. Żyłabym w świecie, jaki jest dziś udziałem wielu kobiet w krajach muzułmańskich, gdzie mężczyźni też newralgicznie reagują na myśl o „rozbijaniu wzorców zachowań kojarzonych z konkretną płcią biologiczną w ramach konkretnej kultury”.

2.Prawdę powiedziawszy nie widzę związku między – nazwijmy to z przymrużeniem oka – „ideologią równościową” a „pozbawieniem ludzi samodyscypliny, która umożliwia zdobycie wysokich kwalifikacji, oraz zdolności do tak ścisłej organizacji pracy, która umożliwia skuteczne tworzenie dobrobytu na poziomie cywilizacji wysokich technologii”. Przeciwnie, dostrzegam tu wielki potencjał polegający na wykorzystaniu masy ludzi – kobiet – poprzez zaangażowanie ich w pracę na różnych stanowiskach i w różnych sektorach rynku. Warto przypomnieć, że zarówno I jak i II wojnę światową wygrali nie tylko mężczyźni na froncie, ale i kobiety w fabrykach, których do tej pory do pracy nie chciano dopuścić (w XIX wieku nawet szycie na maszynie uchodziło za zbyt ciężkie dla słabej płci niewieściej; oczywiście twierdzenie to odnosiło się tylko do dobrze urodzonych kobiet – cóż za pojęcie „naturalności różnic płciowych”). Jeśli nawet założymy, że Amerykanie tracą kreatywny potencjał i chęć do pracy w drugim pokoleniu po osiedleniu się w USA, to winien nie jest temu „gender” albo „antykultura” ale dobrobyt i poczucie bezpieczeństwa, który sprawia, że ludzie więcej oczekują od świata, a mniej od samych siebie. Zapomina Pan kto decyduje się na emigrację: ludzie ambitni i/lub zdeterminowani.

3. Pisze Pan: „człowiek we własnej kulturze nie ma wątpliwości, kim jest i na tym zakorzenieniu we własnej kulturze buduje się społeczną tożsamość człowieka, oraz tożsamość wspólnoty”. Twierdzenie mogłoby być poczytane za bliskie prawdy (choć nie prawdziwe) gdyby było sformułowane w czasie przeszłym i to tylko w odniesieniu do wspólnot nie podlegających gwałtownym zmianom. Nie darmo pisał Bauman o płynnej nowoczesności: nic nie jest stałe, wszystko się zmienia. Człowiek traci korzenie i życiowy cel, błąka się po bezdrożach, nie dlatego, że tak chcą „genderyści”, ale dlatego, że świat się zmienia – szybko, zbyt szybko, by się do tych zmian przyzwyczaić. Nie umiemy odpowiedzieć na pytanie „kim jestem”, bo przestaliśmy być dookreśleni przez miejsce urodzenia i zamieszkania (niegdyś – w decydującej większości przypadków jedno i to samo), przynależność stanową, wykonywany zawód itd. Nie twierdzę, że pytanie „co to znaczy być mężczyzną/kobietą?” nie jest ważne. Jest. I istnieje na nie multum odpowiedzi. Żadna nie jest prawdziwa, bo i mężczyzną i kobietą można być na wiele różnych sposobów. I mnie osobiście to się podoba, choć łatwe nie jest. Wreszcie: sama tożsamość z definicji nie jest stała, lecz zmienia się w czasie. Tożsamość wspólnoty także.

4. Tym cytatem mnie Pan rozczulił: „Zmuszanie dziecka do odgrywania innych ról społecznych przypisywanych w jego kulturze konkretnej płci musi prowadzić do rozbicia procesu kształtowania się osobowości, a to dlatego, że u małych dzieci nie ma jeszcze rozwiniętego biologicznego popędu płciowego (to się u freudystów nazywa chyba latencja), który budzi się w okresie dojrzewania. Wtedy sam popęd podpowiada człowiekowi, kim jest i ku komu kierować ma swoje skłonności.” Po pierwsze: nikt nikogo do niczego nie zmusza. Wiem, że we Francji rodzice nie puszczają dzieci do szkoły w obawie, że nauczyciele w ramach programu ABCD zmuszą ich synów do zabawy lalkami. Oraz masturbacji. Nie słyszałam wszakże, żeby którykolwiek chłopiec został zmuszony do tych perwersyjnych zachowań. Powołuje się Pan na Margaret Mead: Mead była zafascynowana kulturą badanych przez siebie ludów i z gorliwością neofity niosła zdobytą wiedzę w świat. Takie miała przekonanie. Judith Butler patrzy z bardzo amerykańskiej i bardzo feministycznej perspektywy na Pussy Riot i nie dziwi mnie to wcale, bo jest po prostu konsekwentna w swojej „linii programowej”. Pan chciałby zawrócić kijem kulturową rzekę i – cóż – rozumiem Pana, co nie oznacza, że się zgadzam na taką wersję społecznej rzeczywistości, którą Pan uznałby za słuszną. Bo nie byłoby w niej dla mnie miejsca. Po drugie: we Freuda nie wierzą już nawet sami freudyści. Po trzecie: dziecko jest istotą seksualną (co nie oznacza: gotową do uprawiania seksu! Choć pewnie ten zboczeniec Władysław Jagiełło miał na ten temat odmienne zdanie:) Po czwarte: popęd jest popędem i żadne kulturowe oddziaływania tego nie zmienią; wnioskuję z ostatniego zdania cytatu, że sugeruje Pan jakoby homoseksualizm był efektem takiego „tożsamościowego zamętu”. Odpowiem: homoseksualizm istniał zawsze. W najbardziej „konserwatywnych” kulturach. I nie sposób go „wyleczyć”. „Naprostować”. To cecha jednostki – jak kolor skóry czy włosów. Płeć, jeśli Pan woli. I kropka. To, że nasza kultura, zbudowana na takim, a nie innym fundamencie religijnym, nie akceptuje związków jednopłciowych mówi tylko o naturze naszej kultury, nie człowieka.

5. „[T]eoria ewolucji w wydaniu darwinowskim (bo są różne) jest współczesnym totemizmem, tyle tylko, że inaczej uzasadnionym. A to, czy pochodzimy od szczura, konia, wilka czy małpy to naprawde detal”. Pan to pisze poważnie? Proszę wybaczyć, ale w ten sposób sformułowany komunikat urąga Pańskiej inteligencji (czy może lepiej: mojemu wyobrażeniu o Pańskiej inteligencji). Na jakiej zasadzie – że ośmielę się zapytać? – że w darwinizmie małpa, a w totemizmie wielki wąż? Znaczy: tu zwierzę i tu zwierzę, więc darwinizm to totemizm? Proszę Pana, nie obrażajmy świętej pamięci pana Karola, który był porządnym chrześcijaninem, acz prześladowanym przez problem teodycei. Niech spoczywa w pokoju.

6. W kwestii globalnego ocieplenia nie śmiem się wypowiadać. Ufam w tej materii ekspertom i niezliczonym badaniom naukowym, które potwierdzają wpływ człowieka na ocieplenie klimatu. Zastanówmy się nad tym problemem z innej nieco strony. Pisze Pan o planie „niszczenia konkurencyjnych dla Europy zachodniej gospodarek Europy wschodniej przez podniesienie limitów emisyjnych”. Rozumiem, że mamy tu do czynienia z wielkim, międzynarodowym spiskiem naukowców mającym na celu pogrążenie gospodarki Polski, a w dalszej perspektywie Kolumbii. W czyim interesie by on leżał? USA, które nie ratyfikowały protokołu z Kioto i szukają nowych źródeł pozyskiwania ropy naftowej? Europie Zachodniej? Ta ma niewiele do powiedzenia, a przecież i tu nie brak oponentów idei ograniczania emisji gazów cieplarnianych. W chwili obecnej największymi emitentami są Chiny i Indie. I jakoś się restrykcjami nie przejmują, choć zapewne to właśnie rozwój ich gospodarek najchętniej by zahamowano. Krótko mówiąc idea, że człowiek stoi za ociepleniem klimatu nikomu nie przynosi żadnych korzyści: nie ma alternatywy dla ropy i węgla, a myśl, że zachowanie planety wymaga od nas realnych wyrzeczeń nikomu się nie podoba. Któż nie chciałby mieć ciastka i zjeść go? Mogę Panu z ręką na sercu oświadczyć, że bardzo bym się ucieszyła, gdyby okazało się, że Pan ma rację, a ja się mylę. Czas pokaże, kto ma rację i czyje przewidywania okazały się słuszne, ale – tu pozwolę sobie na własne „wróżby o końcu świata” – dam wyraz swoim: zmierzamy prostą drogą do zagłady; eksploatujemy zasoby Ziemi, łudząc się, że nie będzie to miało dla naszej przyszłości żadnych konsekwencji, że jakiś cud technologiczny odmieni nasz los. Skoro mowa o naszej kulturze – kulturze człowieka Zachodu – to opiera się ona na mirażu idei postępu i ciągłego gospodarczego wzrostu, który ma nas doprowadzić do świetlanej przyszłości. Człowiek Zachodu jest zachłanny „z kultury” i tylko konieczność może zmusić go do zmiany postępowania, ale wtedy będzie za późno. Wołania ekologów i klimatologów to „vox clamantis in deserto". Wymrzemy jak dinozaury, ale w przeciwieństwie do nich tylko do siebie, własnej krótkowzroczności i niechęci wzięcia odpowiedzialności za własne czyny będziemy mogli mieć pretensje. Oby miał Pan rację, jak słowo daję, oby się Pan nie mylił!

PS. Doprawdy nie wiem, gdzie można by toczyć takie dyskusje. Obawiam się, że na kontynuowanie wątku braknie mi sił i czasu. Oboje wiemy, że nie przekonamy siebie wzajemnie do swoich racji, niemniej miło się z Panem konwersowało. Łączę wyrazy szacunku.

krzysztof karoń (2014-08-14 21:08:29)

> mizantropka: Będę odpowiadał w odcinkach, bo tematów jest dużo i inaczej będzie to nieczytelne.
Zacznę od końcówki pkt 1-go, w którym pisze Pani: "jestem feministką i zdaję sobie sprawę ile feminizmowi zawdzięczam. Gdyby nie feminizm pewnie do dziś nie mogłabym głosować", bo to nie jest kwestia opinii, ale kolportowania historycznego kłamstwa.
Kobiety niczego nie zawdzięczają feministkom, z wyjątkiem prawa do pracy na traktorze lub w kopalni, oraz damskiego boksu zawodowego. Wszystko inne kobiety zawdzięczają sufrażystkom – tym XIX-wiecznym i tym współczesnym. Tych pojęć nie należy mylić. Różnicę wyjaśnia przykład. Kobiety w Polsce uzyskały prawo wyborcze w 1918 lub w 1919 r. (piszę „z głowy”, więc mogę się mylić) i nie musiały nawet o nie walczyć, bo dla Polaków były one oczywiste. To dzięki nim może Pani głosować. Natomiast w postępowej Francji (liberte, egalite itp.) kobiety uzyskały to prawo TRZYDZIEŚCI LAT PÓŻNIEJ, bo w 1946 lub 1948 r. (jw.) i to tylko dlatego, że de Gaulle pod naciskiem francuskich sufrażystek (nie feministek) tuż przed ustąpieniem wydał dekret w tej sprawie, ponieważ w parlamencie WPROWADZENIE PRAWA WYBORCZEGO BLOKOWALI KOMUNIŚCI I FEMINISTKI. Dlaczego? Ponieważ większość kobiet francuskich popierała tamtejsze katolickie sufrażystki i było jasne, że jeśli zdobędą one prawo głosu (to w końcu ogromny elektorat), to wpływy polityczne lewicy znacznie się zmniejszą (co zresztą nastąpiło). Komuniści i feministki miały w głębokim poważaniu prawa kobiet (oczywiście z wyjątkiem praw funkcjonariuszek feministycznych, bo te zawsze mogą liczyć na jakieś pieniądze. np., z Unii,albo z Fundacji Batorego itp.).
W feminizmie nie chodzi o kobiety, ale o uruchomienie pewnej części elektoratu w celu zdobycia władzy politycznej. W tym celu uruchomiono sprawną ideologiczną pralnię mózgów. Cała feministyczna ideologia opiera się na micie tzw. matriarchatu, który nigdy nie istniał, ale samo pojęcie stało się popularne w latach 70-tych (konkretnie po 1967 r.), gdy na język angielski przetłumaczono wydaną w 1861 r. książkę Johanna Bachofena pt. "Mutterrecht" (to na jej podstawie Engels napisał w 1884 r. swoje „Pochodzenie rodziny…). Historycznie rzecz biorąc to, co nazywa się matriarchatem, co tłumaczone jest jako "władza kobiet" i co opisywali antropolodzy w rodzaju Morgana, Malinowskiego czy Mead, to społeczeństwa matrylinearne, w których kobiety zajmowały superuprzywilejowaną pozycję społeczną (bo np. prawa, przynależność klanową i majątek dziedziczyło się tylko w linii matki), ale w których z reguły KOBIETY NIE SPRAWOWAŁY WŁADZY, tzn. nie pełniły funkcji wodzów, czarowników, szamanów. To nie przejęzyczenie - w matriarchacie kobiety nie sprawowały władzy z zasady, chociaż miały wyjątkową pozycję społeczną. Mimo tej pozycji, a zapewne właśnie dla niej, w matriarchacie obowiązywało np. wielożeństwo, chociaż nie było "wielomężostwa" (proszę tylko nie sugerować, że proponuję pozbawienie kobiet prawa do sprawowania władzy współcześnie, albo popieram taki model małżeństwa - wyjaśniam tylko, na jakich faktach opiera się feministyczny mit równouprawnienia kobiet). Feministyczno-marksistowskie mity o pacyfistycznych społeczeństwach matriarchalnych maja się tak do rzeczywistości, jak Pani przekonanie, że prawo wyborcze zawdzięcza Pani feministkom.
Nie jest to zresztą Pani wina, że powtarza Pani kłamstwa (przepraszam, ale tak jest, bo to jest kłamstwo obrażające pamięć i zasługi wszystkich postępowych kobiet w Polsce początków XX wieku, którym zawdzięcza Pani swoje prawa), bo propaganda działa na okrągło, a wszystkie istotne dokumenty są albo wcale, albo trudno dostępne. Mnie znalezienie dokumentów potwierdzających opisaną sprawę wprowadzenia prawa wyborczego kobiet we Francji zajęło kilka tygodni, chociaż wiedziałem, czego szukam - informacji tych nie znajdzie Pani w żadnej encyklopedii ,ani w żadnym podręczniku. Jest data, ale wyjaśnienia, dlaczego we Francji kobietom przyznano prawa wyborcze później niż w wielu krajach tzw. Trzeciego świata - tego nie ma. Tak się buduje mit postępowego lewactwa.
pozdrowienia i cdn...

krzysztof karoń (2014-08-20 01:12:46)

> mizantropka: Co do punktu 1.

Od początku w tej witrynie używam określenia "ideologia gender" i je podtrzymuję. Określenia "ruch gender" użyłem w odpowiedzi Wybocowanemu dla świętego spokoju i w innym kontekście, ponieważ on również oprotestował pojęcie ideologii gender, twierdząc, że jest to "zlepek stworzony bardzo sprytnie przez warstwy szacownego kleru, gdyż nie sądzi, by ci właśnie mieli wiedzę z zakresu brytyjskich i amerykańskich prac o teoriach spiskowych dot. gender studies". Ja w takich sytuacjach jestem całkowicie bezradny, bo nie czytam teorii spiskowych, ale przeglądam programy wykładów gender studies na uniwersytetach w Europie i Ameryce. Oczywiście jest wiele przypadków duchownych ciemnych i głupich, może nawet wiekszość (czyli 50%+1, albo i 2) ale Wyobcowany zapewne nie wie, że twórcą najaktualniejszej kosmologicznej teorii Big Bang (Wielki Wybuch), w którą prawdopodobnie sam wierzy (ja nie wierzę), był duński ksiądz katolicki, prezes Papieskiej Akademii Nauk, po rozmowie z którym w 1933 r. Einstein całkowicie zrewidował własne stanowisko w tej sprawie (więcej o tym będzie w historii antropologii). Ale do rzeczy.

W moim rozumieniu "ideologia" to zespół poglądów i działań, których celem jest realizacja pewnej idei (najczęściej szeroko rozumianej idei społecznej). Ideologią jest marksizm, faszyzm, nazizm, komunizm, feminizm, liberalizm klasyczny i sprzeczny z nim liberalizm obyczajowy, anarcho-komunizm itp. W pewnym sensie ideologiami stają się również religie, o ile angażują się w realizację jakiegoś "ziemskiego" porządku społecznego. Ideą, jakie te ideologie chcą realizować, może być np. państwowa własność środków produkcji i gospodarka planowa, albo różnie definiowana wolność lub sprawiedliwość. Ponieważ do realizacji idei społecznej potrzebne jest zwykle zdobycie władzy politycznej, trudno ustalić, co jest prawdziwym celem ideologii - idea, czy władza. Najlepszym weryfikatorem jest ustalenie, czy ideologia, umożliwiając zdobycie władzy, umożliwia realizację wyznaczonego celu, i czy nie powoduje "skutków ubocznych", o których nie mówi, a które mogą być nieuchronne i negatywne.
Tak jest w przypadku antykulturowej lewicy, która obiecuje ludziom wolność absolutną i ją im rzeczywiście daje, ale nie informuje, że ceną za tę wolność musi być ekonomiczna nędza. Dotarcie tych skutków do powszechnej świadomości można opóźniać, np. ekspediując 2,5 miliona Polaków na saksy. Do czasu.

Ideologie mogą używać różnych argumentów, żeby zdobyć społeczne poparcie. Sam "czysty" argument podlega zawsze jakiejś analizie (nawet jeśli tylko intyicyjnej i zdroworozsądkowej). Wmówienie publiczności, że argument ideologiczny poparty jest autorytetem nauki (czyli naukowo zweryfikowany) powoduje, że większość ludzi nie weryfikuje go, ale przyjmuje "na wiarę", co jest tym łatwiejsze, im mniejsza jest rzetelna wiedza (w tym przypadku o badaniach Melforda Spiro czy Johna Moneya).

Z kolei "ruch gender" to zorganizowany, lewicowy, radykalny ruch społeczny będący jedną z odmian feminizmu, który posługuje się ideologią gender (są odmiany feminizmu zwalczające pojęcie gender i ten ruch) i odwołujący się do mniejszości seksualnych jako bazy społecznej. Działanie takich ruchów jest zawsze na rekę tym nurtom politycznym, które starają się zdobyć władzę i dążą do destabilizacji status quo. Dokładniejsze wyjaśnienie tego zjawiska, oraz jego związku np. z ruchami dążącymi do legalizacji pedofilii znajduje się w historii antykultury (jeszcze w opracowaniu). Jeśli ktoś nie zna faktów z tym zjawiskiem związanych, to nie moja wina. Ja faktów nie tworzę, a tylko je opisuję. M.in. po to robię tę witrynę.

Co do tzw. "gender studies", to jest to dyscyplina PSEUDONAUKOWA z tego względu, że w świetle wiedzy naukowej nie ma podstaw do przenoszenia pojęcia gender (które w nauce o języku określa gramatyczny rodzaj nijaki - ono) na grunt zjawisk psychologicznych, medycznych lub społecznych, a główna teza ideologii gender, że kultura określa role społeczne niezależnie od, lub silniej niż płeć biologiczna nie jest dyskusyjna, ale fałszywa (Spiro). Oczywiście nie zmienia to faktu, że w określonych warunkach personalnych i politycznych zwolennicy ideologii gender mogą uzyskiwać dyplomy wyższych uczelni, robić doktoraty, habilitacje i nominacje profesorskie, ale, o ile pamiętam, już kiedyś w historii senatorem został koń.

Jeśli ministrami edukacji albo szkolnictwa wyższego zostaną jeszcze większe kocmołuchy niż te, które nimi są (impossible?), nie można wykluczyć, że zatrudnią one swoich szwagrów, którzy mogą być zwolennikami UFO albo potwora z Loch Ness i zostaną dziekanami jakichs nowych ufo studies, a nawet studiów nessologicznych. No bo właściwie dlaczego nie?

pozdrowienia, cdn...

wyobcowany (2014-08-21 00:06:59)

Pana odpowiedzi są, niestety z przykrością to stwierdzam, poniżej jakiejkolwiek krytyki, bo tak jak nie umie Pan odczytywać tekstów Spiro (prawdopodobnie świadomie posługuje się Pan złym tłumaczeniem), tak Wasze środiwiska nie umieją nawet wyciągnąć logicznych wniosków z badań Marka Regnerusa i próbują wmawiać nam fałszywe dane, oplakatowując je w całej Polsce na afiszach dot. homoseksualizmu i przyrównując to zjawisko, świadomie jednocześnie kłamiąc, do pedofilii. Nie będzie ciągu dalszego, bo nie ma co dyskutować. Polecam poczytać trochę książek o ideologiach, począwszy od Karla Mannheima, bo o utopiach i ideologiach, a tym bardziej o burzeniu naturalnego porządku rzeczy, nie wie Pan nic :) Gender zawsze było, jest i będzie dziedziną naukową, czy się Panu to podoba, czy też nie. Jest też dziedziną, którą wykłada się na wszystkich porządnych uczelniach, przynajmniej na większości kierunkach humanistycznych. Nikt rozsądny nie podważa oczywistości. Idzie Pan w ślady swoich duszpasterzy katolickich, którzy twierdzili, że Ziemia jest płaska? :) W sumie na to też potrzebowano setek lat, a ile książek spalono... Bez odbioru.

krzysztof karoń (2014-08-21 00:54:48)

> mizantropka: Co do punktu 5.

"Pan Karol", jak ładnie Pani tytułuje Darwina, był wybitnym naukowcem i porządnym człowiekiem, ale przestał być chrześcijaninem, ponieważ wiarę w Boga ostatecznie utracił po śmierci ukochanej córki i od tego czasu stał się deistą, a to nie jest stanowisko chrześcijańskie.

Bardzo mi przykro, że moja inteligencja Panią zwiodła, ale jeśli używa Pani takich argumentów i (w punkcie 6) najbardziej pałkarskiego chwytu, jaki znam, czyli zarzutu "teorii spiskowych", to ja jakoś to przeżyję, a Pani powinna się wstydzić.

Wracając do meritum, to Darwin nigdy nie twierdził, że człowiek pochodzi od małpy, tylko formułował taką hipotezę. Opierał ją na niewątpliwym podobieństwie wielu cech biologicznych ludzi i niektórych małp (w zasadzie nie małp, bo apes to nie małpy), które jest tak widoczne, że aż przekonywające. Problem w tym, że z historii nie tylko ludzkości, ale z całej historii życia zachowały się miliony skamieniałych szczątków, ale nie zachował się ani jeden przykład transmutacji gatunków, a form przejściowych powinn żyć i wymrzeć znacznie, znacznie więcej, niż żyło gatunków (co łatwo wyliczyć). Jedyny pokazywany przykład "opierzonego dinozaura" jest jakąś formą ptaka (niekoniecznie latającego; struś nie lata, w proporcjach jest trochę podobny do kangura, ale jest ptakiem), ponieważ nie ma formy przejściowej między sierścią lub uwłosieniem, a piórami, bo to jest zupełnie coś innego w sensie - jak to się mówi - morfologicznym.

Proszę Pani, na takie wnioskowanie nie ma oczywiście dowodu materialnego, ale każdy logik powie, że jeśli w długim okresie i w bardzo zmiennych warunkach występowały bardzo liczne gatunki zwierząt (wliczając w to czlowieka, ale tu jest zbyt krótka perspektywa czasowa) i te gatunki podlegały transmutacji, to form pośrednich musiało być znacznie więcej od samych gatunków. Między małpą a człowiekiem różnica nie jest wielka, więc i form pośrednich byłoby niewiele, ale między amebą a rybą lub dinozaurem różnica jest ogromna, a więc i form pośrednich powinno być bardzo dużo. Jeśli więc i gatunki i formy pośrednie żyły i umierały w podobnych (chociaż zmieniających się warunkach), to ich szczątków powinno zachować się bardzo dużo. Powinny być miliony, a nie ma ani jednego. Tak więc i logik i specjalista od rachunku prawdopodobieństwa stwierdzi na tej podstawie, że takich form nie było. A nie było, ponieważ transmutacja nie jest możliwa z przyczyn genetycznych.

Chodzi o to, że po to, żeby powstała forma przejściowa, muszą się "skopulować" osobniki nieco podobne. Ameba albo ryba ma niewielkie szanse skrzyżować się z dinozaurem czy ptakiem. Ale np. osioł z koniem (a raczej z kobyłą) - owszem. Powstaje wtedy hybryda zwana mułem. Problem w tym, że większość hubryd jest bezpłodna. W przypadku muła nawet Wikipedia podaje, że płodność mulic wynosi 5%. Na dodatek pierwsze pokolenie hybryd ma często "spiętrzenie cech" rodziców (heterozja), ale jeśli te 5% uda się rozmnożyć, zaczyna działać tzw. depresja impredowa, czyli spadek odporności, wzrost podatności na choroby itp. Efekt heterozji wykorzystuje się w uprawie i hodowli, ale tylko jednostopniowej, tzn. że liczy się tylko pierwsze pokolenie (np. zboża, owoców) i każdy nastepny zasiew robiony jest z nowego, sztucznie wyselekcjonowanego ziarna. Dłużej Pani nie będe męczył - transmutacja, jaką zakładał Darwin jest niemożliwa,a każdy genetyk wie, że wariantowanie nie prowadzi nigdy do powstania nowego garunku, ale do nowych odmian tego samego gatunku.

Jeśli więc nie ma materialnych dowodów na zaistnienie kiedykolwiek mechanizmu transmutacji, a współczesna genetyka ją wyklucza, to znaczy to tylko tyle. że przekonanie o pochodzeniu człowieka od małpy nie jest oparte na wiedzy, ale na wierze, a na wierze opiera się religia, a nie nauka. W punkcie 6 napisala Pani "Ufam w tej materii ekspertom i niezliczonym badaniom naukowym". W zastosowaniu do tego przypadku wiem, że ufa Pani ekspertom, ale nie wiem, na jakie badania naukowe się Pani powołuje - ja ich nie znam, i bardzo proszę o informację w tej sprawie. Proszę wskazać badania potwierdzające skuteczność transmutacji. Jeśli ich nie ma, to zasadne jest twierdzenie, że ewolucjonizm w tej części (bo przecież nikt nie neguje różnych form przemian w różnych dziedzinach rzeczywistości) nie jest wiedzą, ale wiarą. Wiarą w pochodzenie człowieka od zwierzęcia, a to jest właśnie istota totemizmu.

A wie Pani, co jest w tym wszystkim najciekawsze? Otóż między zwolennikami ewolucyjnego monogenizmu i poligenizmu jest tylko taka różnica, że jedni twierdzą, iż ewolucja zaczęła się od jednego pra-przodka i wymagała transmutacji, a drudzy, że zaczęła się od różnych pra-przodków i nie wymagała transmutacji, czyli że istniała kiedyś pra-małpa i istniał pra-człowiek i te gatunki ewoluowały, ale każde swoją ścieżką. Mnie się to wydaje bardziej prawdopodobne, ale pewności oczywiście nie mam, bo akurat mnie Bóg ulepił z mułu rzecznego i tchnął we mnie życie dmuchając mi w nos, nie jestem więc miarodajny.

Koncepcja ewolucji monogenetycznej stała się religią panującą, ponieważ w drugiej połowie XX wieku przeważyła koncepcja, że warunkiem sprawiedliwości jest równość, a warunkiem równości jest identyczność. Doszedł do tego cały kompleks związany z równouprawnieniem Murzynów (1964) i wymyśleniem jakiejś formy moralnej rekompensaty za wielowiekową eksploatację. Stąd pomysł, żeby kolebkę ludzkości umieścić w Afryce, i stąd zupełnie już hiperabsurdalny pomysł, żeby ci pierwsi ludzie wędrowali z Afryki przez Cieśninę Beringa do Ziemi Ognistej.

Wiara czyni cuda, a człowiek uwierzy we wszystko, szczególnie, jeśli ufa autorytetom. W tym się zresztą z Panią zgadzam, kwestia tylko - którym.

pozdrowienia, cdn...

mizantropka (2014-08-24 19:12:10)

Szanowny Panie, polemikę z Panem uważam za bezcelową, więcej nawet: niemożliwą, a to z tej prostej przyczyny, że notorycznie łamie Pan zasady racjonalnej dyskusji:
(1) zamiast kontynuować podjęte już wątki, wprowadza Pan nowe, jak mniemam, celem odwrócenia uwagi od już poruszonych;
(2) nie czyta Pan uważnie, tego, co napisałam, skutkiem czego przypisuje mi Pan tezy, które nigdy przeze mnie sformułowane nie zostały;
(3) z pełną dowolnością manipuluje Pan znaczeniem ogólnie przyjętych terminów, a nawet powszechnie używanych słów;

Ad.1 Przykładowo: odnosząc się do punktu, w którym odpowiadam na Pańskie tezy dotyczące płci kulturowej, zamiast kontynuować wątek – krytykuje Pan feminizm; odwołując się do fragmentu mojego tekstu, poświęconego globalnemu ociepleniu, pisze Pan obszernie o ewolucjonizmie. Nie dostrzegam między tymi wypowiedziami żadnego związku, a jedynie raptowną zmianę tematu.

Ad.2 Pisze Pan: „W punkcie 6 napisała Pani ‘Ufam w tej materii ekspertom i niezliczonym badaniom naukowym’. W zastosowaniu do tego przypadku wiem, że ufa Pani ekspertom, ale nie wiem, na jakie badania naukowe się Pani powołuje (...). Proszę wskazać badania potwierdzające skuteczność transmutacji.” Problem w tym, że w rzeczonym passusie pisałam o globalnym ociepleniu, nie zaś o teorii ewolucji. Dalej: zarzuca mi Pan stosowanie „najbardziej pałkarskiego chwytu (...) czyli zarzutu teorii spiskowych" i oznajmia, że powinnam się wstydzić. Z całym szacunkiem, nie będę się wstydzić za coś, czego nie zrobiłam. Jeśli przeczyta Pan ten fragment tekstu uważnie, dostrzeże Pan być może, że nigdzie nie użyłam sformułowania „teoria spiskowa”. Dokonałam jedynie parafrazy tego miejsca w pańskim tekście, gdzie podważa Pan tezę mówiącą o odpowiedzialności człowieka za zmianę klimatu, a tym samym wyniki badań ekspertów, twierdząc, że mamy do czynienia z – cytuję – „plan[em] niszczenia konkurencyjnych dla Europy zachodniej gospodarek Europy wschodniej przez podniesienie limitów emisyjnych”. Jeśli nie jest to spisek (spisek wg definicji Podręcznego słownika języka polskiego, oprac. E. Sobol, Wyd. PWN to „tajne porozumienie między danymi osobami dla wspólnego osiągnięcia określonego celu”), to czym, Pana zdaniem, to jest?

Ad.3 Krytykuje Pan używanie pojęcia gender pisząc: „w świetle wiedzy naukowej nie ma podstaw do przenoszenia pojęcia gender (które w nauce o języku określa gramatyczny rodzaj nijaki - ono) na grunt zjawisk psychologicznych, medycznych lub społecznych”. Proszę Pana, nie może Pan nie wiedzieć, że powszechnym zjawiskiem, zwłaszcza na gruncie nauk społecznych, jest nadawanie nowych znaczeń istniejącym terminom w ramach tworzenia definicji projektujących. Przykładem pierwszym z brzegu jest „rola (społeczna)”, którą chętnie i bez oporów się Pan posługuje. W tym sensie gender, a zatem „płeć kulturowa” nie jest żadnym przenoszeniem, ale użyciem istniejącego już w języku angielskim określenia dla opisywania nowego – z punktu widzenia wiedzy naukowej – rozróżnienia między tym co w płciowości człowieka biologiczne (sex), a tym co społeczno-kulturowe (gender).

Dostrzegam przy tym w Pana postawie zdumiewającą niekonsekwencję: krytykuje Pan stosowanie terminu gender i oburza się na – domniemane – użycie przeze mnie sformułowania „teoria spiskowa”, sam jednak nie ma żadnych skrupułów wobec przyczepiania etykietek koncepcjom przez Pana nieaprobowanym. Manipuluje Pan przy tym z dużą swobodą znaczeniem słów z języka codziennego, jak i terminów naukowych, używając ich dowolnie i bez szczególnej dbałości o ich adekwatność względem przedmiotu krytyki, a mając jedynie na względzie jego dyskredytację. I tak: gender studies to dla Pana dyscyplina pseudonaukowa, teoria ewolucji to totemizm względnie religia, wypowiedzi klimatologów są częścią wzmiankowanego wyżej „planu niszczenia (...)”, a feministki stawia Pan w opozycji do sufrażystek.

Daruję sobie wywody na temat warunków koniecznych do uznania jakiegoś zjawiska społecznego za religię, a już z pewnością nie wejdę w spór na temat prawomocności założeń teorii ewolucji czy tezy o globalnym ociepleniu, sądzę bowiem, że kontrargumenty Pan zna, ale już dawno je odrzucił, jako nie zgodne z przyjętymi a priori założeniami. Szkoda mojego czasu, niech bronią się ci, którzy są w tej dziedzinie ekspertami – deorum iniuriae, dis curae. Czuję się jednak w obowiązku zareagować na twierdzenie, jakobym powtarzała kłamstwa, utrzymując, że zawdzięczam feministkom prawa wyborcze itd. Użyłam terminu feminizm świadomie, w zgodzie z uzusem językowym – feminizm to bowiem wedle definicji słownikowej „ruch dążący do politycznego i społecznego uprawnienia kobiet”. W tym sensie i sufrażystki i emancypantki były feministkami. Odcinanie feminizmu od jego korzeni traktuję jako zabieg mający na celu jego dyskredytację: jeśli oddzieli się dokonania pierwszej fali feminizmu, uważane powszechnie w świecie Zachodu za „oczywiste” (jak choćby owe prawa wyborcze) od współczesnego, jak doskonale Pan sobie zdaje sprawę, niezwykle wewnętrznie zróżnicowanego nurtu, to łatwiej jest doprowadzić do uproszczenia do karykaturalnej postaci obrazu feministki jako owłosionej herod baby nienawidzącej mężczyzn. Fakt, że większość kobiet niechętnie określiłaby się jako feministki, uważam za największą porażkę ruchu, natomiast za największe jego osiągnięcie poczytuję okoliczność, że większość kobiet utożsamia się z hasłami feminizmu, nawet o tym nie wiedząc, tak jak pan Jourdin nie wiedział, że mówi prozą – wystarczy zapytać, czy chcą zarabiać tyle co mężczyźni, mieć te same możliwości awansu albo czy pragną dzielić się w większym stopniu obowiązkami domowymi z partnerem.

Pomijam w tym miejscu Pański wywód dotyczący matriarchatu jako „mitu założycielskiego feminizmu” – jak słusznie Pan zauważa jego (czysto hipotetyczne) istnienie nie wnosi nic do dyskusji o współczesności. Pisze Pan: „W feminizmie nie chodzi o kobiety, ale o uruchomienie pewnej części elektoratu w celu zdobycia władzy politycznej.” Przez kogo, że ośmielę się zapytać? Bo jeśli przez kobiety to w porządku:) W końcu na tym zasadza się ideologia feminizmu. Ale jeśli w pańskich oczach ta okoliczność feminizm dyskredytuje, wystarczy wspomnieć, że mieliśmy kiedyś taką partię. Nazywała się ZChN. Wykorzystywała chrześcijaństwo do „uruchomienia pewnej części elektoratu”. Nie ona jedna zresztą. Czy mówi to coś na temat chrześcijaństwa?

Jeśli sugeruje Pan, że klimatolodzy nie uprawiają nauki, lecz politykę, zaś paleontologów i antropologów posądza Pan o nieznajomość podstaw genetyki, to powiedziałabym, że ma Pan problem. Oznacza to bowiem ni mniej ni więcej, że odrzuca Pan autorytet nauki oraz zasady, na których się on opiera: prowadzenia badań zgodnie z regułami metod naukowych, ze szczególnym uwzględnieniem wymogu weryfikowalności hipotez i powtarzalności uzyskanych wyników. Nauka opiera się na powszechnym konsensusie co do prawdziwości pojawiających się w danym obszarze badawczym tez i taki konsensus obowiązuje obecnie w kwestii tak ocieplenia klimatu jak i teorii ewolucji. Oczywiście konsensus nie jest miarą doskonałą i ostateczną, zaś w samych badaniach naukowych niejednokrotnie dochodzi do przekłamań, ale o żywotności nauki i sprawnym działaniu jej mechanizmów świadczy fakt, że hipotezy, a nawet uznane za prawdziwe i niepodważalne teorie, są stale weryfikowane i – gdy okażą się błędne – odrzucane. Tak więc jeśli pewnego dnia naukowcy stwierdzą, że świat powstał w ciągu sześciu dni poczynając od nocy z 22 na 23 października 4004 p.n.e. to zaufam ich wnioskom i zweryfikuję swoją wiedzę. Ponieważ polegam na metodzie naukowej jako najbardziej pewnemu sposobowi poznawania rzeczywistości.

Problem w tym, że jeśli odrzuca Pan śmiało dokonania naukowców w sferze tak – relatywnie! – łatwej do empirycznej weryfikacji jak nauki ścisłe (pisze Pan choćby, że nie wierzy w Wielki Wybuch), czemu jednocześnie uznaje Pan (wybiórczo) autorytet badaczy społecznych jak Spiro czy Money (na bok odsuwam tu kwestię wyprowadzanych przez Pana z ich badań wniosków – chodzi mi wyłącznie o zasadę uznawania danych wyników za uzasadnione). Mam rozumieć, że wierzy Pan w Spiro, tak jak nie wierzy w Wielki Wybuch? Czy jego tezy są lepiej uzasadnione? Wnioski bardziej czytelne? Czy też, po prostu, odpowiadają przyjętym przez Pana tezom? Twierdzi Pan: „Ja faktów nie tworzę, a tylko je opisuję.” Proszę także dodać, że Pan nimi dowolnie manipuluje, przeprowadza wśród nich dokładną selekcję i uważa za właściwe wyłącznie te, które pozostają w zgodzie z Pana światopoglądem. Swój sposób „rozumienia” nauki projektuje Pan na innych – weźmy choćby przykład paleontologów. Twierdzi Pan, że ich sposób pojmowania ewolucji człowieka wyniknął z konieczności wymyślenia „jakiejś formy moralnej rekompensaty za wielowiekową eksploatację. Stąd pomysł, żeby kolebkę ludzkości umieścić w Afryce, i stąd zupełnie już hiperabsurdalny pomysł, żeby ci pierwsi ludzie wędrowali z Afryki przez Cieśninę Beringa do Ziemi Ognistej”. Ten sposób myślenia o nauce uważam – pożyczę sobie tego słowa od Pana, bo mi się ono podoba – za „hiperabsurdalny”.

Dziękuję Panu za zwrócenie mojej uwagi na Karola Darwina. W gruncie rzeczy oboje byliśmy w błędzie: Darwin, początkowo ortodoksyjny chrześcijanin, zaczął tracić wiarę jeszcze przed śmiercią córki, pod wpływem dokonanych przez siebie odkryć, a u schyłku życia uważał się nie za deistę, lecz agnostyka. Cóż za intelektualna odwaga odrzucenia tez niezgodnych z faktami! Darwin nie umiał pogodzić religii z nauką i swoimi obserwacjami, więc odrzucił słabszy element – religię. Oczywiście, nie znaczy to, że nie można być człowiekiem wierzącym i naukowcem. Najlepszym przykładem jest prof. Heller, który w bardzo piękny i wysublimowany sposób łączy jedno z drugim, nie dostrzegając przy tym żadnej sprzeczności między swoją wiarą a, dajmy na to, Wielkim Wybuchem. Pan obrał inną drogę radzenia sobie z dysonansem poznawczym i jeśli prowadzę (a raczej prowadziłam do tej pory, bo dłużej nie zamierzam) z Panem jakąś polemikę, to dlatego, że właśnie to mnie u Pana głęboko fascynuje. Niewątpliwie posiada Pan dużą wiedzę i jest człowiekiem myślącym, ale krępują Pana przyjęte a priori założenia, co prowadzi do automatycznego odrzucenia tez z nimi niezgodnych. Jeśli fakty nie zgadzają się za Pana poglądami, tym gorzej dla faktów. Nie znam Pana wstępnych założeń, bo też nigdzie ich Pan nie precyzuje (co także uznaję za okoliczność uniemożliwiającą prowadzenie dalszej debaty), ale byłoby uczciwiej i prościej gdyby – przykładowo – oznajmił Pan, że nie wierzy w ewolucję, bo największym autorytetem jest dla Pana Pismo Święte. Byłoby jasne, że nie ma między nami wspólnej płaszczyzny porozumienia, a dyskusja jest niemożliwa. Pan jednak stara się nadać swoim argumentom polor naukowości, pośrednio uznając tym samym autorytet nauki, który zarazem odrzuca Pan bez skrupułów ilekroć jej tezy stoją w opozycji do Pana przekonań. Nie ma w tym za grosz konsekwencji.

Dziękuję, że poświęcił mi Pan tyle czasu, obawiam się jednak, że nasza polemika dobiegła końca. Serdecznie Pana pozdrawiam i wszystkiego dobrego życzę.

wyobcowany (2014-08-24 22:15:27)

Jest to niestety bardzo duży minus tejże strony właśnie - światopogląd miesza się z nauką, a raczej nauka jest zapleczem tylko światopoglądowym dla Pana. To, co się zgadza z tezami danymi prawie natywistycznie, publikujemy i chwalimy. To, co się z nimi nie zgadza, sprowadzamy do absurdu, kiedy absurdem nie jest, wykluczamy naukowość, kiedy indziej tę naukowość przypisując. Tak nie można uprawiać nauki, a tym bardziej przekazywać wiedzy. Jakiejkolwiek.

krzysztof karoń (2014-08-25 13:51:33)

Szanowna Mizantropko, Szanowny Wyobcowany, ze smutkiem przyjmuję informację, że kończą Państwo udział w polemice, ale dopiero teraz rozumiem tego przyczyny. Ja Państwa bardzo głęboko uraziłem, za co bardzo przepraszam, chociaż nie mogę wycofać tego, co napisałem.

Pani pisze: „gdyby /…/ oznajmił Pan, że nie wierzy w ewolucję bo największym autorytetem jest dla Pana Pismo Święte. Byłoby jasne, że nie ma między nami wspólnej płaszczyzny porozumienia…”, a Pan pisze: „światopogląd miesza się z nauką, a raczej nauka jest zapleczem tylko światopoglądowym dla Pana”.

Tu więc jest pies pogrzebany.

Ponieważ pisze Pani również „krępują Pana przyjęte a priori założenia”, ale nie podaje przykładów, wyjaśniam, że przyjęcie przez Panią wyrażonego wyżej i wprost założenia, że z kimś, dla kogo największym autorytetem jest Pismo Święte „dyskusja jest niemożliwa” jest właśnie zarzucanym mi „przyjęciem założenia a priori”.

Panu natomiast wyjaśniam, że brzmiące jako wyraźny zarzut stwierdzenie, że nauka jest dla mnie tylko zapleczem światopoglądowym jest całkowicie trafne i zarówno Pan jak i ja tak właśnie traktujemy naukę. Różnica polega na tym, że można traktować naukę jako jedyne zaplecze światopoglądowe – i wtedy jest to tzw. światopogląd naukowy, czyli postępowy, albo tylko jako część szerszego zaplecza światopoglądowego, która nie musi być sprzeczna z nauką – ale wtedy jest to już światopogląd nienaukowy, czyli zabobon.
Logika jest nieubłagana.

A teraz wyjaśnię, dlaczego poczuli się Państwo dotknięci do tego stopnia, żeby zacząć obrażać nie mnie, bo mojego światopoglądu Państwo nie znają (a byliby Państwo bardzo zaskoczeni), ale wszystkich ludzi, którzy mają światopogląd „nienaukowy”.

Otóż wiedza naukowa – i chyba w tym będziemy zgodni - jest to wiedza popartą niezbitymi dowodami naukowymi. Hipotezy należą do metody naukowej, ale bez dowodu nie stanowią wiedzy naukowej. Odwracając rozumowanie – wiedza, która nie jest poparta dowodem naukowym nie jest wiedzą naukową (co wcale nie oznacza, że musi być fałszywa).

Nawet wybitni specjaliści w jednej czy dwóch dziedzinach, a tym bardziej ludzie wykształceni solidnie, ale na poziomie przeciętnym, nie są w stanie ani zrozumieć ani zweryfikować 95-ciu procent twierdzeń współczesnej nauki (wystarczy posłuchać wykładów wymienianego przez Panią prof. Hellera, żeby przekonać się, że skromność i oszczędność w ferowaniu ostatecznych stwierdzeń jest cechą tylko najwybitniejszych naukowców). Z tego względu 95 procent naszej „wiedzy” przyjmujemy za prawdziwą na podstawie wiary w rzetelność autorytetów, do których mamy zaufanie.

Oczywiście nie każda wiedza ma istotne znaczenie dla kształtowania światopoglądu, który obejmuje również kwestie moralne (zakładam, że tych kwestii Państwo nie lekceważą), ale tak się składa, że akurat w przypadku tzw. światopoglądu naukowego największe znaczenie mają takie nauki, jak fizyka kwantowa, astrofizyka (kosmologia), czy neurokognitywistyka, czyli nauka badająca istotę i działanie umysłu (nie tylko mózgu, bo nauka odróżnia mózg od umysłu). I tak się składa, że są to dziedziny chyba najbardziej zmatematyzowane i operujące pojęciami nieprzetłumaczalnymi na język potoczny. Oznacza to, że przytłaczającą większość wiedzy stanowiącej podstawę światopoglądu opartego wyłącznie na wiedzy naukowej przytłaczająca większość ludzi musi przyjmować na wiarę bez żadnej szansy na jej samodzielną weryfikację. Po prostu większość ludzi nie jest w stanie wyprowadzić samodzielnie nawet równania Schrödingera.

Ja myślenie, które nie jest oparte na dowodach naukowych, ale na akcie wiary, nazywam religią (w znaczeniu struktury myślenia i uzasadnień każdego działania, również decyzji o wymiarze moralnym), a światopogląd oparty na takim myśleniu nazywam światopoglądem religijnym. W tym znaczeniu ateizm (w odróżnieniu od agnostycyzmu, który pozostawia kwestię nierozstrzygniętą) traktuję jako światopogląd religijny, ponieważ rozstrzyga on istotną kwestię (istnienia Boga) ontologiczną bez jakichkolwiek dowodów naukowych, ale na podstawie dogmatu uznanego za bezdyskusyjny w akcie nie-wiary. Niestety, nie ma naukowego dowodu na nieistnienie.
Problem w tym, że w wyniku utrwalanego od połowy XIX wieku „paradygmatu nowoczesności” coraz więcej ludzi poczucie własnej nowoczesności i postępowości utożsamia ze światopoglądem naukowym przeciwstawionym światopoglądowi religijnemu, jako symbolowi ciemnoty.
Państwo poczuli się dotknięci, ponieważ nie mogą się Państwo pogodzić z myślą, że Wasze myślenie oparte jest dokładnie na takiej samej podstawie, jak wiara w Księgę Rodzaju, czyli że nie wiecie, ale wierzycie w to, co Wam mówią Wasze autorytety, a ponieważ (to jest tylko mój domysł) odrzucacie autorytety „nieziemskie”, musicie opierać swoją wiarę na autorytetach „ziemskich”.
W rzeczywistości jest jeszcze gorzej, ponieważ Państwo na co dzień (to też tylko domysł) stosujecie się do chrześcijańskich zasad moralnych, których nie tylko światopogląd naukowy nie uzasadnia, ale którym całkowicie i absolutnie przeczy. Oto przykład nieszczęsnej ewolucji.

Gdyby jako podstawę światopoglądu ściśle naukowego (który jako kompletny musi rozstrzygać również kwestie moralne) przyjąć darwinowski mechanizm całkowicie przypadkowej mutacji genów i selekcję naturalną jako jedyne kryterium przetrwania i rozwoju, to nie da się powiedzieć ani jednego słowa przeciwko rasizmowi, eutanazji i holokaustowi. Przecież tylko dlatego antropolodzy przerazili się konsekwencjami przenoszenia ewolucjonizmu do nauk społecznych i dla uzasadnienia humanistycznych haseł Franz Boas wymyślił relatywizm kulturowy. Tyle tylko, że jak już go wymyślił, to zaraz okazało się, że ten sam relatywizm kulturowy nie pozwala powiedzieć ani jednego słowa przeciwko kanibalizmowi, jeśli taki zwyczaj jest akurat akceptowany w jakiejś kulturze. A gdzie uniwersalne prawa człowieka? No to co robić? Tak źle i tak niedobrze. I proszę nie mówić, że podaję tendencyjnie wybrane przykłady, ponieważ nawet jeśli są dobrane tendencyjnie, to i tak domagają się odpowiedzi.

Ja rozumiem, że osoby, które wierzą w ewolucję w wydaniu darwinowskim z połowy XIX wieku (teraz wypiera ją punktualizm), a przekonanie o swojej nowoczesności budują na tym, że odrzucają "zacofaną", religijną koncepcję kreacjonistyczną, żeby bez zastrzeżeń zaakceptować "postępową", chociaż dokładnie tak samo kreacjonistyczną koncepcję Wielkiego Wybuchu tylko dlatego, że nie ma w niej wstydliwego, wręcz kompromitującego pojęcia Boga - mogą poczuć się urażone. Bardzo mi przykro. Ale różnica między tymi dwiema koncepcjami sprowadza się tylko do nazwania początku. Rozumnego Boga zastąpiono "nicością", która w pewnym momencie nie wiadomo dlaczego i po co "gruchnęła", tworząc czasoprzestrzeń i „oddzielając światło od ciemności” (zwracam uwagę na to, że cała poetyka teorii Wielkiego Wybuchu pochodzi z Biblii, jej chronologia odpowiada dniom stworzenia i jest w tym zapożyczeniu coś wręcz freudowskiego). Otóż wygląda to tak, że odcinek "od dzisiaj do Wielkiego Wybuchu" to jest domena nauki, ale to, co było przedtem, to już jest religia. Jedną z odmian tej religii nazywano kiedyś scjentyzmem, jednak religia naukowa jest nieporozumieniem, bo funkcją nauki jest wyjaśniać mechanizm natury, a funkcją religii jest uzasadniać moralność. Jeśli nauka ma przejąć funkcję religii, to jest to oczywiście możliwe, ale będzie ona naukowym uzasadnieniem rasizmu i zabijania. A to dlatego, że moralność nie jest potrzebna ani jako ciekawy temat dla rozrywki filozofów, ani przy grillu jako dodatek do karkówki i pół litra, ale jest ona potrzebna w sytuacjach ostatecznych.

Jakie oparcie i jaką wykładnię potrafi dawać w takich sytuacjach nauka (a raczej naukowcy, bo nauka to „konstrukt”) ilustruje (zupełnie przypadkowo) znajdujący się akurat na stronie głównej krótki filmik z YouTube, w którym psycholog i socjolog, profesor w instytucie PAN przedstawia naukowe uzasadnienie rasizmu. Proszę je koniecznie obejrzeć. Koniecznie. Pani profesor wyjaśnia (a wypowiedź ma charakter uogólnienia), że dla Polaków śmierć ma wymiar wyłącznie biologiczny, natomiast dla Żydów ma ona tragiczny wymiar metafizyczny i jest spotkaniem z Bogiem. Ja to przetłumaczę na język ludzki – istnieją ludzie mający duszę, zdolni do uczuć wyższych i przeżyć metafizycznych, oraz człekokształtne bydło rzeźne, które duszy nie ma i nie umiera, ale zdycha, nawet nie wiedząc, że zdycha. Gobineau, Chamberlain, Rosenberg, Hitler i Himmler razem wzięci nie dorastają tej pani do pięt (ponieważ takie ciekawostki wymieniam, podaję adres: www.youtube.com/watch?v=JQELIsgJmOM).

Nie o to jednak chodzi. Proszę wskazać mi jeden powód, dla którego można by zakwestionować jako naukowy pogląd przedstawiany przez osobę posiadająca najwyższy stopień naukowy i reprezentującą główną placówkę naukową europejskiego, cywilizowanego kraju. Na jakiej podstawie można zabronić tej kobiecie udziału w komisjach i ciałach opiniujących np. programy nauczania w szkołach? A czy zabranianie komukolwiek głoszenia poglądów naukowych nie jest aby nietolerancją? A czy to jest pogląd naukowy czy fragment jakiejś ideologii? A czy naukowiec głoszący ideologię jest jeszcze naukowcem, czy już ideologiem?

Przez szacunek nie zadam Państwu pytania o ich prywatny pogląd w sprawie tego, czy Polacy to zwierzęta.

Ludzie mają już tak spreparowane umysły, że przyjmują każdą bzdurę, jeśli głoszona jest w majestacie nauki, a przynajmniej nie protestują, bo musieliby zakwestionować podstawę poczucia własnej nowoczesności. Kolejny przykład dotyczący nieszczęsnego gender.

Kilka miesięcy temu Prezes Polskiej Akademii Nauk (podkreślam – Prezes PAN) zapytany w jakimś wywiadzie, czy gender studies są dyscypliną naukową odpowiedział, że tak, bo świadczy o tym fakt wydawania w tej dziedzinie książek, a nawet encyklopedii. Na napisany przeze mnie list protestujący przeciw niszczeniu autorytetu nauki przez Prezesa PAN odpowiedzi nie otrzymałem. W liście zwróciłem uwagę, że w każdej z setek witryn internetowych poświęconych tarotowi można znaleźć setki podręczników i książek o tarocie i całe stosy encyklopedii tarota. Tak więc zapewne można się spodziewać, że wreszcie skończą się w Polsce polowania na czarownice i wróżki oraz astrolodzy zyskają prawo do tytułów doktorskich, habilitacji i profesur, a przez ścianę z genderystami ulokuje się katedra wróżbiarstwa lingwistycznego i komparatystyki astrologicznej. Intuicja mi mówi, że pierwsi zgłoszą protest genderyści.

Ale proszę mi odpowiedzieć na serio – dlaczego nie? Jeśli w tych dwóch podanych (i dobranych oczywiście tendencyjnie) przykładach zgadzają się Państwo z poglądami Pani Profesor i Pana Profesora (ten ostatni jest podobno wybitnym specjalistą w zakresie modelowania komputerowego, w co wierzę), to oczywiście nie mam więcej pytań, ale jeśli uważają Państwo, że „wszyscy ludzie są równi” (przynajmniej w obliczu śmierci), każdy rasizm, a biologiczny w szczególności jest obrzydliwy, a między naukowcem (i metodą naukową) , a wróżką (i metodą wróżbiarską) jest istotna różnica jakościowa, to znaczy, że myślicie z sensem, ale wbrew, a przynajmniej mimo autorytetu nauki, na którym budujecie swoje poczucie nowoczesności.

Było mi bardzo miło i serdecznie pozdrawiam.

krzysztof karoń (2014-08-28 01:15:49)

> Wyobcowany (2014-08-21 00:06:59)

Szanowny Panie, wprawdzie zdrowo mi Pan "nawrzucał" i zakończył wpis "bez odbioru", ale ja się nie obrażam, ponieważ tę witrynę prowadzę nie tylko dla przyjemności, ale również po to, żeby nasi Goście mogli poznać nawet skrajnie odmienne stanowiska.

Do rzeczy: Wspomniał Pan o badaniach Marka Regnerusa - przyznaję, że jego nazwiska nie przywoływałem, bo - moim zdaniem - jego badania nie mają związku z problemtyką, której dotyczyła nasza polemika. Pan oczywiście zaliczył mnie do tych, którzy mylą homoseksualizm z pedofilią, więc nie mam argumentów, ale chętnie przedstawię mój pogląd i na temat badań Regnerusa i na temat jego metodologii, którą kwestionuję z przyczyn logicznych i lingwistycznych.

Otóż Regnerus (i nie tylko on) stosuje zabieg dla mnie nie do przyjęcia - używa pojęcia "same-sex parenting", które w kategoriach naukowych jest pozbawione sensu i oczekuje, że każdy dyskutant zaakceptuje dyskusję w języku bezprzedmiotowym.

Tu nie chodzi ani o homoseksualizm, ani o prawa homoseksualistów do adopcji dzieci. W tej drugiej sprawie mam opinię negatywną po prostu dlatego, że bardziej interesują mnie prawa najczęściej nieszczęśliwych, ale żywych istot (dzieci) do życia w heteroseksualnym środowisku, które jest dla nich naturalne i statystycznie rzecz biorąc "normalne", niż prawa jakichkolwiek seksualistów. Gdyby chodziło o prawo do wzięcie psa ze schroniska - byłbym za. Ale tu chodzi o wprawdzie małych, ale ludzi, którzy mają wieksze prawa, niż homoseksualiści.

W kategoriach naukowych, odnoszących się do kwestii rodzicielstwa, zjawisko rodzicielstwa homoseksualnego w przyrodzie nie występuje. Podjęcie duskusji z Regnerusem w języku jego pojęć oznacza zgodę na dyskusję nie o rzeczywistości, ale o lingwistycznym "konstrukcie". Ja takiej dyskusji po prostu nie podejmuję, bo dlaczego miałbym rozmawiać o fikcji. Natomiast mogę podjąć dyskusję z Regnerusem na temat rzeczywisty, to znaczy o tym, czy ktokolwiek, w tym i homoseksualiści, powinien otrzymywać prawo do sprawowania nad obcym dzieckiem tzw. władzy rodzicielskiej, włącznie z prawem do kształtowania jego osobowości. Mam tu zastrzeżenie zasadnicze, ponieważ - statystycznie rzecz biorąc - wszystkie dzieci pochodzą ze związków heteroseksualnych (nawet te in vitro), a zdecydowana większość z nich jest heteroseksualna. Oznacza to, że zdecydowana większość tych dzieci znajdzie się po adopcji w całkowitym konflikcie z własnymi naturalnymi predyspozycjami seksualnymi. Rozumie Pan o czym mówię? O ile dla homoseksualistów nie będzie to sytuacja konfliktowa, to dla wiekszości tych dzieci będzie to z założenia sytuacja konfliktowa i to w najistotniejszej sferze ludzkiej wrażliwości. Dlatego mój stosunek do kwestii adopcji dzieci przez homoseksualistów nie wynika z mojego stosunku do homoseksualistów, ale z mojej "statystycznej" pewności, że takie rozwiązanie jest dla większości dzieci konfliktogenne na poziomie elementarnej tożsamości osobniczej. W takiej sytuacji ażniejsze są dla mnie prawa dzieci niż prawa homoseksualistów.

Oczywiście można twierdzić, że bardzo małe dziecko nie ma jeszcze określonej tożsamości seksualnej i w nowym środowisku "wybierze" sobie płeć. To jest właśnie jedno z założeń genderologii. I otóż właśnie temu założeniu całkowicie przeczą wyniki badań Melforfa Spiro prowadzone przez kilkadziesiąt lat na tysiącach dzieci poddawanych świadomemu i programowemu "odpłciowieniu". Każde z tych dzieci ubieranych w identyczne fartuszki, bawiących się identycznymi zabawkami pomalowanymi na identyczne kolory itp., itd. rozpoznawało swoją biologiczną płeć bezbłędnie. I zapewniam Pana, że badania Meforda Spiro czytać potrafię, tym bardziej, że posługuje się on językiem opisującym rzeczywistoiść, a nie konstrukty.

Natomiast do samych badań Regnerusa chętnie wrócę, jeśli podejmie Pan temat w trybie rzeczowym, a nie "inwektywnym".

pozdrowienia.

wybcowany (2014-08-30 00:54:28)

Po pierwsze, znowu, jak zarzuciła Panu moja poprzedniczka, manewruje Pan pomiędzy kategoriami i pojęciami naukowymi, jak chce. Otóż rodzicielstwo osób homoseksualnych, a więc to wspomniane "same-sex parenting" istnieje, z tego chociażby faktu, że osoby homoseksualne nie są bezpłodne - z reguły. Nie jest to konstrukt abstrakcyjny albo, co gorsza, fikcyjny, jak próbuje Pan twierdzić, lawirując pomiędzy niedomówieniami a skrótami myślowymi. Trzeba to jasno i wprost powiedzieć: osoby homoseksualne NIE SĄ bezpłodne, wychowują już dzieci i statystycznie rzecz biorąc, nie dzieje im się krzywda ani trochę większa oraz częstsza niż tam, gdzie wychowuje się te dzieci w rodzinach heteroseksualnych.

Zadam również Panu proste pytanie, nieco osobiste z mojej strony, ale bardzo dobrze obrazujące Pana skróty myślowe i krótkowzroczność. Czy ja, jako osoba homoseksualna, również staję w konflikcie z moją rodziną, w której się wychowywałem, a była ona heteroseksualna? Bo jeśli przyjąć Pana teorię na rozwój psychoseksualny jednostki, jaką jest dziecko, powinno się równie mocno zaznaczyć, że jednostka homoseksualny przeżywa wewnętrzny konflikt między własnymi, naturalnymi predyspozycjami seksualnymi (proszę nie wnikać w ów "naturalność, tylko przejść do rzeczy w odpowiedzi), a resztą rodziny, grupy rówieśniczej czy społeczeństwa. Nie jest to oczywiście prawdą, o czym wiem na własnym przykładzie, bo nigdy nie czułem żadnej presji ze strony kogokolwiek, bym zmienił moją tożsamość, a nieprzychylne komentarze będą zawsze miały miejsce (nie można jednak tego nazywać wewnętrznym konfliktem). Wewnętrzny konflikt zachodziłby wówczas, gdyby moja wartość poznawcza znacząco kłóciłaby się z moją tożsamością, zachodziłby więc pewien płynny, niejasny obraz mojej seksualności, zachodziłaby potrzeba zredukowania dysonansu poznawczego. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca, bo orientacja psychoseksualna jest na tyle silnie ukształtowała w każdym człowieku, że trudno ją ruszyć, pchnąć, a co dopiero zmienić. Stąd właśnie założenia gender, które i tak Pan źle interpretuje, więc w to wnikać nie będę. Widzi Pan, jak zwykle już, to, co Pan chce i co Panu pasuje, ale ten temat już "wałkowaliśmy".

Moja tożsamość "osobnicza" (swoją drogą okropnie pokrętne sformułowanie, mam wrażenie, byle by nie użyć związku wyrazowego "tożsamość psychoseksualna") również nie była narażona na żadne warunki stresogenne. A przypomnę, że według Pana teorii powinna, skoro heteroseksualizm statystycznie częściej występuje w obiegu przyrody, niż homoseksualizm.

Nie ma ważniejszych praw i mniej ważnych praw. Nie można hierarchizować ludzi ze względu na ich wykształconą lub niewykształconą tożsamość psychiczną, albo ze względu na wiek, czy jakąkolwiek inną kategorię.

Pozdrawiam.

krzysztof karoń (2014-08-31 02:58:20)

> Wyobcowany (2014-08-30 00:54:28):

Szanowny Panie, dziękuję za odpowiedź, tym bardziej, że sprawa jest bardzo istotna ze społecznego punktu widzenia.

1. Przykro mi, ale pojęcie "same-sex parenting" nie ma nic wspólnego z płodnością. Jest ono pozbawione logicznego sensu dlatego, że niezależnie od techniki poczęcia, nie można stworzyć nowego człowieka z połączenia dwóch jaj albo dwóch plemników nawet najbardziej płodnych homoseksualistów. Nawet w technice in-vitro też muszą być połączone takie dwa elementy pochodzące od dwóch odmiennych płci. To jest po prostu wykluczone biologicznie. Oczywiście określenie "rodzic" ma również swój sens prawny i kulturowy i nie zawsze pokrywa się z rodzicielstwem biologicznym (np. w relacji pasierb - ojczym), natomiast zawsze odnosi się do jedynej możliwości "rodzenia", jako wyniku połączenia dwóch różnych płci. W sensie kulturowym najlepiej oddaje to określenie ojca jako jednego z rodziców, chociaż przecież technicznie rzecz biorąc, ojciec nie "rodzi". Otóż właśnie w najgłębszym sensie ojciec też "rodzi", bo "zrodzili" wspólnie z kobietą.

2. Nie mam podstaw, by wypowiadać się na temat Pańskich relacji z rodziną. Jeśli jest tak, jak Pan pisze, to mogę się tylko cieszyć. Natomiast Pańskie doświadczenie świadczy tylko o Pańskim doświadczeniu, nic natomiast nie mówi o doświadczeniach innych ludzi. Ja je interpretuję tak, że wychował się Pan w rodzinie heteroseksualnych ludzi kochających Pana i na dodatek kulturalnych i taktownych, a więc nikt nigdy nie usiłował niczego Panu narzucać uznając Pańska integralność, natomiast jestem przekonany, że Pański wybór, nawet jeśli został zaakceptowany, nie uszczęśliwił ich.

3. Ja zakładam, że jest możliwe, żeby urodził się człowiek o zdecydowanych i ukształtowanych od urodzenia preferencjach homoseksualnych, ale jest to założenie "programowe", w które niezbyt wierzę. Trochę kłóci się ono z koncepcjami performatywistycznymi mówiącymi, że niemowlę nie ma świadomości swojej seksulności i dopiero kształtuje ją w środowisku kulturowym. Ja się z nim zgadzam w tym sensie, że wg mnie niemowlę takiej świadomości nie ma (te fazy opisywali inaczej freudyści) i ją stopniowo kształtuje, ale jeśli nie ma okoliczności "ukierunkowujących", to kształtuje ją zgodnie z płcią biologiczną. Natomiast jeśli takie ukierunkowujące okoliczności istnieją, może swoją seksualność rozwinąć w innym kierunku. Takie podejście potwierdzałby fakt, że w społecznościach o nikłych albo żadnych rygorach kulturowych homoseksualizm jest zupełnym wyjątkiem, a u bezkulturowych zwierząt nie występuje właściwie wcale (poza przypadkami wyjątkowego stresu - opisywał to kiedyś Hall w takiej starej już książce "Ukryty wymiar").

4. To wszystko zresztą nie ma znaczenia, ponieważ ja w swoim rozumowaniu świadomie przyjmuję warunki "wbrew sobie", czyli wbrew mojej intuicji, tzn. przyjmuję, że 10% ludzi rodzi się z wrodzonymi, naturalnymi skłonnościami homoseksualnymi (tzn. więcej, niż podają oficjalne statystki przygotowywane przez samych homoseksualistów) i nikomu nic do ich preferencji, nikt nie ma prawa tego oceniać, ani usiłować ich "prostować". Są jacy są i kropka. Na dodatek, jeśli się tacy rodzą, to odmawiam nawet ich rodzicom prawa do podejmowania jakichkolwiek działań "prostujących". Wydaje mi się to podejściem zasadnym i uczciwym. Jednak dokładnie na tej samej zasadzie uważam, że nikt nie ma prawa "prostować" heteroseksualnych preferencji 90-ciu % pozostałych ludzi, bo przysługują im dokładnie takie same prawa, co i homoseksualistom. Jeśli bowiem mówimy o równych prawach, to dla wszystkich.

5. Cała reszta - powtórzę to jeszcze raz - jest już prostą konsekwencją poprzednich założeń. Jeśli (statystycznie rzecz biorąc) dziesięć par homoseksualnych adoptuje dziesięcioro dzieci, to tylko jedno z tych dzieci będzie homooseksualne i będzie rozwijać się zgodnie ze swoimi naturalnymi skłonnościami, a pozostała dziewiątka będzie heteroseksualna i będzie rozwijać się w warunkach sprzecznych ze swoimi skłonnościami. Ja taką sytuację traktuję jako łamanie praw dziecka, a raczej ogólnie, jako łamanie elementranych praw człowieka. Jeśli akurat taka satysfakcja homoseksualistów, jak posiadanie dziecka, ma się odbywać kosztem zakłócenia rozwoju tego dziecka, to ja się na to nie zgadzam, dokładnie na tej samej zasadzie, na jakiej nie zgadzam się na "prostowanie" homoseksualistów.

6. Tak więc problem, o którym mówimy, nie polega na tym, że odmawiam homoseksualistom prawa do realizacji jakiejś ich potrzeby, ale jestem przeciwny przynawaniu homoseksualistom prawa do (nawet nieświadomego, ale statystycznie nieuchronnego) łamania praw małych i bezbronnych, ale ludzi. Dlatego dla mnie to nie jest kwestia praw homoseksualistów, ale praw dzieci.

7. Co do rozumienia założeń gender to rzeczywiście temat wałkowaliśmy. Ja je rozumiem tak, że w rozumieniu gender płeć biologiczna człowieka nie decyduje o jego tożsamości seksualnej, ale że większe znaczenie ma tożsamość seksualna formowana kulturowo, nawet jeśli jest sprzeczna z płcią biologiczną. Ponieważ spotkał mnie zarzut, że jest to interpretacja błędna, sięgnąłem do literatury gender i pytałem o interpretację ludzi różnych orientacji. Wszyscy stwierdzili, że ta interpretacja jest zgodna z założeniami gender (bo czy jest zgodna z rzeczywistością to inna sprawa). Mam więc prawo uważać tę intepretację za prawidłową i uważać ją za niesłuszną, czyli niezgodną z doświadczeniem, ponieważ jej słuszności przeczą dla mnie wiarygodne badania Melforda Spiro. Są one dla mnie wiarygodne, ponieważ są jedynymi znanymi mi badaniami w historii psychologii i socjologii, w których przez czterdzieści (w sumie) lat badano skutki społecznego eksperymentu na dziesiątkach tysięcy ludzi wychowywanych w ramach projektu, który nie został wymyślony na potrzeby badań, ale realizował dokładnie założenia gender. Wynik jednoznacznie założeniom tym przeczy. Na dodatek zdecydowana większość kobiet, które odrzuciły założenia gender i zmusiły zarówno władze kibuców jak i własnych mężów do przeprofilowania życia rodzinnego i kibucowego - do dzisiaj uważają się za prawdziwe feministki. I akurat w tym się z nimi zgadzam i to mi się w nich najbardziej podoba. Postawiły na swoim wbrew państwowej ideologii.

8. Określenie "tożsamość osobnicza" nie jest pokrętne. Ja staram się w miarę możliwości wyrażać precyzyjnie, dlatego używam go dla odróżnienia od "tożsamości wspólnotowej". One sobie nie przeczą, ale nie są tym samym. Znaczenia nie będę tłumaczył, bo na pewno odczytuje je Pan od razu.

serdecznie pozdrawiam

Gubernator (2014-09-08 21:37:41)

Odwiedzam tą stronę przynajmniej od czterech lat. Nie za często ostatnio ale to co dzisiaj zobaczyłem naprawdę mnie podbudowało. Dotychczas korzystałem z informacji dotyczących malarstwa, trochę architektury z uwagi na bardzo dobre opracowania szczegółowe jak i całościowy obraz wyłaniający się z pracy. Jednak dopiero dzisiaj zobaczyłem potężny materiał naukowy dostępny na stronie pod kolejnymi hasłami, których potencjału mogę się tylko domyślać. Nie wiem czy opracowania są dziełem kilku osób czy całego sztabu specjalistów ale muszę przyznać że już czuję wielki respekt.Będę polecał ten Bastion Sztuki wszystkim bez wyjątku. Panie Krzysztofie, na pana ręce składam szczere gratulacje.

krzysztof karoń (2014-09-09 01:50:58)

>Gubernator (2014-09-08 21:37:41)

Bardzo dziękuję za miłe słowa, ale muszę uprzedzić, że ponieważ witrynę robię sam, a jest już dość obszerna, stanowi ona zaledwie ramówkę i na wiele stron nie zaglądałem od dwóch lat. Będą one uzupełniane i korygowane stopniowo, ale trochę to potrwa. w tej chwili muszę skończyć historię antropologii i historię antykultury, ponieważ one decydują o możliwości zrozumienia historii sztuki współczesnej, a może i całej współczesności.

Właśnie dlatego bardzo liczę na informacje o znalezionych błędach. Naprawdę, korekty Gości bardzo mi pomagają, chociaż niektórych jeszcze nie naniosłem z braku czasu. Tak więc proszę o korekty i pozdrawiam.

gabi_47 (2014-09-13 21:59:15)

Zarejestrowałem się na tej stronie z powodu posiadanego obrazu olejnego
Hay wain J.Constable. Nie jest to jednak oryginał, który znajduje się w Londynie lecz obraz namalowany tą samą techniką co oryginał lecz o innych wymiarach. Próbowałem porównać te obrazy lecz na tej stronie oryginału nie znalazłem. Staram się odszukać cokolwiek na temat posiadanego obrazu ale jak dotąd na nic nie trafiłem.

Gubernator (2014-09-13 23:01:16)

Podstawowym błędem jest poruszanie niepoprawnych politycznie tematów. Ale ja takiej korekty nie będę postulował ;)

miro (2014-10-02 20:42:20)

Odkryłem tę stronę w ostatnich dniach. Jako wykłądowca akademicki zamierzam polecić ją studentom historii. Faktycznie pomoże ona walnie w zrozumieniu nie tylko kultury współczesnej, ale i całej współczesności.Brawo za pomysł!

co jest (2014-10-05 19:10:42)

DOBRA STRONA POLECAM

Gubernator (2014-12-06 22:33:14)

Nawiązując do Twojego tekstu na temat najnowszego filmu Zanussiego nie da się ustrzec wrażeniu że usunęli Ciało Obce. Jak by nie było to duży komplement dla twórcy kina moralnego niepokoju. A ja już myślałem że ten niepokój to bardzo odległa historia. To wielki sukces Zanussiego jak by nie patrzeć.

Babette (2015-02-02 23:47:29)

Fantastycznie było Pana odkryć ( w klubie Ronina, w dyskusji o twórcach Teatru 8 dnia )
Dziękuję, podziwiam, szanuję.

Anna (2015-02-08 14:14:35)

"Witam w najlepszej i najrzetelniejszej na świecie witrynie poświęconej historii kultury i sztuki" brzmi śmiesznie, biorąc pod uwagę, że na stronie wciąż są rażące błędy, które wytykałam w komentarzach kilka lat temu. Od błędnych dat (1939 zamiast 1839 etc) aż się roi. Jest to niezwykle irytujące, biorąc pod uwagę, że strona jest płatna, a wcale nie rzetelna. Są również błędy merytoryczne i wiele innych; myli Pan także autorów dzieł! Zaletą strony jest faktycznie duży zbiór ilustracji i muszę przyznać, że korzystałam z niej z przyjemnością, ignorując drobne błędy do czasu aż okazało się, że serwis stał się płatny(nie dziwię się, że jest, ani tym bardziej tego nie potępiam)... a błędy jak były tak są. Użytkownicy wytykają je Panu, co to za problem poprawić LITERÓWKI? To niechlujstwo. Do czasu aż zredaguje pan teksty i materiał ilustracyjny powinien Pan zdecydowanie usunąć to jakże skromne zdanie o własnym dziele. Mam nadzieję na odpowiedź.
Łączę wyrazy szacunku i życzę powodzenia w rozwoju strony

krzysztof karoń (2015-04-09 00:32:15)

@Babette: dziękuję za miłe słowa, dzięki nim się trzymam:)


@ Anna: Szanowna Pani Anno, po kolei:

1. Biję się w piersi za opóźnienia w nanoszeniu korekt zgłaszanych przez gości witryny. Nic mnie nie usprawiedliwia, chociaż tłumaczy mnie fakt, że pracuję sam. Nie ukrywam, że czasami mam poczucie, że próbuję połknąć zbyt wielką rybę:) Obiecuję poprawę, ale dopiero, gdy przełknę historię antykultury i bieżące tematy. To zrobić muszę. Wie Pani dlaczego? Ponieważ czeka mnie poprawianie całej witryny - nie tylko literówek, ale i tekstów, które pisałem, gdy nie miałem jeszcze świadomości wpływu na sztukę antykultury. Pięć lat temu wiedziałem mniej niż dzisiaj, ale nigdy nie jest za późno.
2. W witrynie jest zapewne wiele literówek. One przeszkadzają, muszą być usunięte, ale zwykle nie wprowadzają w błąd (bo są oczywiste i czytelne). Jeśli jednak stawia Pani zarzut błędów merytorycznych, to domagam się ich wskazania i uzasadnienia. To jest zarzut poważny. Jeśli okaże się, że zasadny, oczywiście błąd skoryguję. Ale ocena należy do mnie i ją również uzasadnię.
3. Witryna nie jest płatna. Jedna przeciętna książka kosztuje kilkadziesiąt złotych. Złotówka za miesiąc korzystania z takiej bazy danych (przy wszystkich uzasadnionych zastrzeżeniach) jest symbolicznym przypomnieniem tym, którzy uważają, że wszystko im się należy za darmo, iż wszystko, co wartościowe, kosztuje (jedynie miłość jest bezcenna i bezpłatna). Darmocha demoralizuje.
4. Jeśli zgłasza Pani zastrzeżenia do twierdzenia (tak pysznego, że chyba nie ma Pani wątpliwości co do jego tonu:) o "najlepszej i najrzetelniejszej", to proszę cytować całość, bo w dalszej części jest uzasadnienie i ono jest na serio. Proszę wskazać mi chociaż jedną witrynę poświęconą historii sztuki (a i innych nauk), w której przedstawiony jest rodowód sztuki współczesnej, czyli historia antykultury (teraz jest skrót w postaci historii sztuki krytycznej), albo CAŁA (chociaż oczywiście szkicowa) historia antropologii, a nie wycinek pomijający antropologię chrześcijańską. Chyba, że uważa Pani, iż dla zrozumienia historii sztuki antropologia nie ma znaczenia... Można się z moimi ujęciami tematów nie zgadzać, ale najpierw trzeba je zrobić. Jestem otwarty na dyskusję. Po to jest to forum. Jestem gotów opublikować każdy tekst polemiczny. Proszę bardzo. Tylko proszę o argumenty i rzeczową krytykę, a nie o uszczypliwości (zresztą ja się lubię kłócić, więc i za nie jestem wdzięczny:).
Ja tego "jakże skromnego zdania o własnym dziele" nie zlikwiduję, bo to JEST najrzetelniejsza witryna o historii sztuki na świecie. Jestem z niej dumny i mogę tylko żałować, że do tej pory lepszej nie zrobili profesorowie historii sztuki mający znacznie większą wiedzę szczegółową i opanowany warsztat naukowy. Ale może właśnie dlatego jej nie zrobili. Mają więcej do stracenia...

...naprawdę szczerze dziękuję za wpis i pozdrawiam. kk.

abc (2015-09-07 22:41:28)

Wspaniała strona - bardzo zasadnicza i podstawowa, polecam wszystkim.

nicckyen (2015-09-13 21:24:20)

Czy ilustrowany słownik sztuki posiada jedynie hasła na litery B, E i P? Pomimo opłaconego abonamentu nie jestem w stanie przeglądać pozostałych podstron.

Pozdrawiam

krzysztof karoń (2015-09-13 23:11:55)

@nicckyen: Bardzo mi przykro, witrynę robię sam, niektóre działy są zaledwie rozpoczęte i muszą czekać w kolejce na aktualizację i rozwinięcie. W tej chwili muszę uporządkować historię kultury i antykultury (i przygotować je do druku), dopiąć historię estetyki i uzupełnić teorię krytyczną o historię rewolucji seksualnej, co wydaje mi się dość ważne z uwagi na rosnącą popularność smartfonów wśród niemowląt. W sumie zajmie to ok. roku. Jeśli nie przekonuje Pani/Pana pkt 3 w poście @Anna z 09-04-2015, to jedyne, co mogę zrobić, to zwrócić pieniądze. (proszę podać nr konta)
pozdrowienia
kk

scManuel (2015-11-17 22:45:09)

Strona świetna, polecam ją od lat wszystkim, z którymi spotykałem się na lekcjach plastyki i wiedzy o kulturze... Przecież to co Pan robi to rzetelny podręcznik wiedzy o kulturze i... antykulturze. W zasadzie to było miłe uczucie spotkać w sieci COŚ tak ciekawego.
Wreszcie jednak dałem się namówić Panu i z wycieczek ilustracyjnych, z historii sztuki, przeszedłem do HISTORII KULTURY, niewątpliwie dodatkową wartością i pewnym komentarzem jest polemika z sierpnia 2014. Na prawdę warto było Panie Krzysztofie poświęcić czas na napisanie tych odpowiedzi - również dziękuję Adwersarzom, za zadawanie pytani i przedstawienie swojego stanowiska.
A tak nawiasem, to ta drobna opłata jest jest również bardzo wychowawcza dla tych, którym tę witrynę od lat polecam.
Jeszcze raz dziękuję.
sc

Beem (2015-12-16 20:41:11)

Od kilku dni staram się aktywować konto, niestety bezskutecznie. Pana strona to wielka pomoc dla tych, którzy chcą świadomie obserwować ciąg zdarzeń i na miarę swych możliwości w nich uczestniczyć. Pana wysiłek zasługuje na szacunek i wdzięczność. Pozdrawiam

MonikaK (2016-02-20 16:51:47)

Świetna strona

enate (2016-03-20 15:49:48)

Pańska strona jest moją ulubioną, świetna robota. Jestem Panu wdzięczna.
Pozdrawiam.

ewaniewlda@poczta.onet.pl (2016-07-19 12:03:06)

Uchwyciłam się tej strony i pływam jak w życiodajnym nektarze. Niestety mam ten sam problem co MydgardMysli z 2913-10-97.(18:46:10). Ostatnio przeczytałam ostrzeżenie, że mój problem może mieć przyczynę w dziłaniach międzynarodowych gangsterów komputerowych, gdyż posługuję się wyszukiwarką a nie adresem http.www itd.Otóż: przy próbie zalogowania, nieustannie pojawiały się błędy, których nie wprowadzałam. Po prawidłowym zapisaniu wskakiwała inna literka. Nie wiem też, czy już jestem zalogowana i gdzie oraz który z moich adresów mailowych {z wprowadzonymi błędami)i przyjętych haseł i loginów (też poprzewracanych)w końcu został uaktywniony, gdyż moje hasła itd nie działają i otrzymuję komunikat, że należą do innej osoby. Mam wpłacić 6 zł., ale dokąd nie wyjaśnię co z tym logowaniem nie mogę tego zrobić. Najchętniej bym unieważniła wszystkie próby logowania, tylko nie wiem czy się da to zrobić.

supermario (2016-12-06 09:21:30)

Jakich mógłby Pan polecić współcześnie tworzących malarzy polskich nie tworzących w nurcie antykultury? Chodzi mi o tzw. Młodą Sztukę.Co sądzi Pan o twórczości np. Mariusza Lewandowskiego , Marcina Kołpanowicza , czy Krzysztofa Żyngla ?

Aniebo (2017-01-30 05:43:43)

Ponieważ ma Pan ogrom pracy, nie zauważył pan niektórych literówek. Wolałabym bezpośrednio, żeby nie wzbudzać zbędnych komentarzy, jednak znaczek @ jest nieaktywny i nie mam w związku z tym bezpośredniego kontaktu e-mail.

beatahirsz7@wp.pl (2017-04-02 22:00:22)

Witam Pana,
mam nadzieję, że dobrze i szczęśliwie się Panu powodzi.
Jak można się z Panem skontaktować w celu zaproszenia Pana do Szczecina z wykładem o marksizmie?

Pozdrawiam
Beata Hirsz
t. 533 012 954
beatahirsz7@wp.pl

Dodaj swój komentarz:

Podaj swój nick

Wpisz tekst: